Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parfumerie Generale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Parfumerie Generale. Pokaż wszystkie posty

2013/08/16

"Mała czarna - to jest kawa, duża czarna - to jest noc"*

Poszukiwanie kawy w perfumach trwa. Nie powiem, że szukam szaleńczo i bez opamiętania, raczej wierzę w to, że jak przyjdzie odpowiedni czas, zapach sam wpadnie mi w ręce, czyli odszukam go w najmniej spodziewanym momencie. Czcze marzenie? Być może. Tymczasem przypomniałam sobie o istnieniu pewnej próbki (i po co ja kłamię? Wcale sobie nie przypomniałam, tylko jakoś pisanie o zapachu w niej ukrytym do tej pory mi nie wychodziło, mimo że szklana fiolka patrzyła na mnie z pudełka smutnymi oczami, prosząc: Teraz ja! Teraz ja!). Oczywiście, próbki perfum z nutą kawy. Kawy, której naprawdę niewiele brakuje do kawowego ideału.

Wyobraźcie sobie, że ta kompozycja przybiera formę ludzkiego ciała. Gładka, ciemna jak kawa i czekolada skóra, napięta, lekko lśniąca, jakby niektóre jej miejsca zostały pokryte niewielką ilością aromatycznego oleju konopnego. Pod skóra prężą się twarde, hebanowe mięśnie, widać paczulowe ścięgna przymocowane do zbudowanych z pieprzu, ziela angielskiego i tytoniu stawów. W żyłach pulsuje cedrowa krew. Po gładkiej skórze co jakiś czas przepłynie, jak kropla potu, kropla wanilii. 




Ciało to jest tak doskonałe jak ciało Dawida stworzone dłutem Michała Anioła. Proporcjonalne, idealne, odwzorowujące klasyczny kanon piękna. Aż prosi się, by je podziwiać, by zachwycać się jego urodą, by dotknąć i poczuć jego ciepło, pulsujące pod tkanką skóry tętno. 



Czy ktoś zgadł, co to za zapach?.

Otwarcie 02 Coze Perfumerie Generale  to dobra, stara whisky i suche, gorzkie, pyliste niemal kakao. Do tego garść suchej, lekko ziemistej paczuli i ciężar konopnego oleju. Jest ciemno, czarno niemal i lekko brudno. Powiedziałabym nawet, że gdzieś tu unosi się dym. Potem znika alkohol, znika brud i pył, kakao ciut się wysładza, pojawiają się lśniące ziarna czarnej jak noc kawy (aromatycznej, mocnej, gorzkiej i na szczęście baz grama kwasowości). Do nozdrzy zaczyna docierać aromat pieprzu i ostrej papryki - im dłużej trwa na skórze, tym więcej kapsaicyny i kapsaicynoidów-  całość wierci w nosie. 

Po godzinie różnica w zapachu jest bardziej ewidentna. Kompozycja staje się bardziej "pralinkowa" - cedr, taki jak z Cedre Sadaraque, słodkawy, korzenno-przyprawowy, suchy. Czuję też ziele angielskie o jego specyficznej "przewietrzającej" barwie połączonej z lekkim brzmieniem między innymi cynamonu, gałki muszkatołowej i goździków (w końcu nie bez przyczyny angielska nazwa tych uroczych kuleczek to allspice). Zatem nie dziwi, że pod ciemnymi kawą, czekoladą i paczulą delikatnie drga kilka okruchów czarnego jak noc piernika.

Do tej delikatnej słodyczy dołączają ciemnomiodowe liście tytoniu - długie, suszone na słońcu. I wreszcie mocna staje się hebanowa nuta (tylko zakładam, że to heban, bo nigdy nie miałam przyjemności wąchania tego drewna). Wyraźne drewno, suche, ciemne, twarde, o głębokiej barwie, a jednocześnie gładkie jak tafla szkła. I po tej gładkiej tafli toczą się kropelki wanilii. Wcale nie za słodkiej, niepuchatej, niekremowej. Jej strąki są ciemne, tak samo jak drobne ziarenka zamknięte w ich wnętrzu.



Zapach jest tak idealnie piękny, że momentami, kiedy się w niego zanurza, można poczuć niemal fizyczny ból zachwytu. I uzależniający - ciężko przestać wwąchiwać się we własną, skropioną nim skórę.

*Tytuł to fragment wiersza Jonasza Kofty "Małe jasne".

Rok: 2002
Nos: Pierre Guillaume
Nuty zapachowe: olej z nasion konopi siewnych, pieprz, ziele angielskie, kawa, heban, czekolada, wanilia burbońska

2010/09/24

Mrs. Robinson

Szukam w perfumach drew doskonałych. Taką wymyśliłam sobie perfumeryjną krucjatę. Zatem szukam też cedru doskonałego. Dojrzałego, twardego, raczej wytrawnego, z charakterem, silnymi, pięknie wyrzeźbionymi muskułami, gładką, napiętą skórą. Cedru, który wie, czego chce, potrafi zachować się w towarzystwie, a w chwilach samotności we dwoje pokaże pazur. Cedru intensywnego, wibrującego, niby ułożonego, a z polotem i fantazją. Cedru, który mnie uwiedzie, omami, urzeknie, w którym się zatracę, zapomnę. Cedru, którego smakować będę chciała ciągle, bez ustanku.
Pamiętacie "Absolwenta" z Dustinem Hoffmanem i Anne Bancroft? Historia młodego chłopaka, który po ukończeniu szkoły szuka swojego miejsca w świecie i wplątuje się w romans z dojrzałą mężatką, a potem zakochuje się w jej córce, a potem... Nie będę opowiadać. Oczywiście, że pamiętacie. No to dziś czuję się taką panią Robinson. Pierre Guillaume stworzył Benjamina Braddocka idealnego: Cedre Sandaraque. Wiem, że mój romans z Benjaminem jest ciekawy, ekscytujący, momentami gorący, pełen pasji, ale tak na dłuższą metę chyba niemożliwy, bez przyszłości, niekoniecznie moralny, właściwy.


Cedre Sandaraque to młody mężczyzna, pociągający, niby przypadkiem prężący swe cudownie ukształtowane muskuły zaraz po zdjęciu koszulki i obserwujący moje zachowanie: widziała tę grę świateł na załamaniach skóry opinającej mięśnie, czy nie widziała... Jego ciało jest gładkie, lśniące, twarz przystojna, spojrzenie - okraszone długimi, ciemnymi rzęsami - głębokie, uwodzicielskie, zarost szeleści pod palcami, drapie moją skórę...

Wszystko brzmi pięknie, prawda? Ale on nadal mieszka z ukochaną mamą, która, zanim wyszedł spotkać się ze mną, uraczyła go ogromnym kawałkiem ciepłego jeszcze, wilgotnego jeszcze domowego ciasta, przypominającego nie do końca tradycyjny piernik. Młody chłopak ciasto pochłonął, poprawił pełną łyżeczką złotego miodu, który kapnął mu na brodę i splątał się z brązowymi okruszkami ciasta. I taki zadowolony z siebie, upaciany okruszkami i miodem, przyszedł do mnie. Dopiero po jakimś czasie orientuje się, że na brodzie zostały mu resztki deseru, zatem oblizuje je niespiesznie i teraz tylko w jego oddechu ogrzewającym moją szyję odczuwalna jest ta słodycz miodowo-piernikowej przyjemności. I choć w tym momencie Benjamin przestaje wyglądać jak mały, zadowolony z siebie chłopiec, tylko staje się cudownym mężczyzną z krwi i kości, ja nadal mam przed oczami słodkiego synka mamusi oblizującego nad wyraz seksownie mieszankę miodu i okruchów. I choć to pociągający mężczyzna, czuję jakiś niepokój, że może nie powinnam, że on chyba nie dla mnie. I waham się: zatrzymać go dla siebie, cieszyć się jego stałą obecnością, czy stosować go w mniejszych dawkach, tylko od czasu do czasu, czy zapomnieć całkowicie i szukać nadal ideału? Bo w bazie jest wspaniały cedr (nie przyprawiony jednak wetiwerią), niemal cedr moich marzeń z kroplą żywicy... jednak w nutach głowy jest zbyt młody, słodki, uroczy chłopiec, ociekający słodyczą pralinowanej ambry (bo domyślam się, że ona jest odpowiedzialna za ten piernikowo-miodowy akord). I mam świadomość tego, że już zawsze przed wyjściem na spotkanie ze mną mama uraczy go jego ulubionym deserem.

Chciałabym móc napisać, że Cedre Sandaraque nie powalił mnie, nie urzekł. No ale nie mogę, bo urzekł, bo powalił, zauroczył. Nie jestem tylko pewna, czy na tyle mocno, by go przygarnąć i uczynić zeń swojego pieszczocha. Czy na tyle mocno, by oddać się pasji romansu, by się zapomnieć. Chcę go, nie chcę, chcę, nie chcę... Za młody jest. Chyba.



Nos: Pierre Guillaume
Rok: 2006
Nuty zapachowe: wetiweria, afrykański cedr, żywica sandarak, zboża, pralinowana ambra

ryc. 1. Auguste Rodin, Kiss (www.bc.edu)
ryc. 2. Auguste Rodin, Male Nude (www.artexpertswebsite.com)
ryc. 3. www.fragrantica.com