Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *oud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *oud. Pokaż wszystkie posty

2014/01/23

Krótka historia / Short story

English version below

Dziś być może jedna z najkrótszych recenzji, jakie znaleźć można na Silva rerum. Czemu? Bo zapach z tych, co to nie ewoluują, nie zmieniają się, nie przechodzą nagłych, ba, nawet wielce powolnych metamorfoz. To zapach statyczny, nieruchomy, niezmienny. Pure Oud od Kiliana.

Na skórze Pure Oud rozbrzmiewa oudem gęstym, pięknym, lekko przytęchłym, niemal zakurzonym, nie nazbyt lekarstwianym, nienadmiernie zwierzęcym, balsamicznym z odrobiną goryczki i nieznacznie kwaskowymi niuansami, które bardzo w oudzie lubię. Do tego wilgotne, gorzkawe drewno, niewielka ilość przypraw (w tym zaledwie szczypta szafranu i raczej pyliste, bardziej pikantne nuty korzenne), niezapisane karty grubego, suchego, starego papieru i kilka przerzucanych z ręki do ręki grudek mirry. I jak rozbrzmiewa, w taki sam sposób też cichnie, aż w końcu milknie (ciut za szybko, jeżeli ktoś miałby życzenie poznać w tej kwestii moje skromne zdanie).


Oczywiście, jako agarowy ekstremista chciałabym, aby oudu w tym oudzie było więcej. Żeby był jeszcze gęstszy, dosadniejszy. Żeby był mniej grzeczny, a bardziej niepoprawny i zadziorny. No i żeby był bardziej ruchliwy, mniej stateczny. Nie mówię, że kompozycja nie jest dobra. Wręcz przeciwnie, kompozycja jest świetna i oudowa. Może sama bym nie kupiła flakonu, bo skromny budżet wolałabym przeznaczyć na coś z większym przytupem, ale jeżeli komuś zapach nie przypadł do gustu i ciąży mu buteleczka, której rodzina i znajomi nawet za darmo nie chcą przygarnąć, to ja mogę się "poświecić" i przysposobić malucha. Obiecuję, że będzie u mnie szczęśliwy.


Rok: 2009
Nos: Calice Becker
Nuty zapachowe: szafran, oud, cypriol, gwajak, balsam copahu, czystek, mirra


Today's review may be one of the shortest ones you can find on Silva rerum. Want to know why? Because this fragrance belongs to the group of fragrances which do not evolve, do not change a bit, do not undergo any kind of metamorphosis. This scent is static, still, constant. Pure Oud By Kilian.

On a skin Pure Oud sounds with  notes of thick, beautiful oud, a little musty, almost dusty, not too much medicine-like, not excessively animalic, balsamic with just a hint of bitterness and slightly acidulous nuances, the way I like acidity in agarwood. Oud blends with a damp, bitterish wood, small amount of spices (just a pinch of saffron and powdery and spicy notes), thick, dry, old sheets of paper and few small pieces of myrrh. Unchanged sound of Pure Oud lasts, then fades and finally disappears (too quick for my liking, if someone wishes to know my humble opinion). 


Obviously, as an agar extremist I wish there were more oud in this oud. I wish it were thicker, stronger, not so polite and civil but uncontrollable and pugnacious. And definitely more changeable, less static. I am not saying that this composition isn't good. Quite opposite. Composition is great and oudy. Probably I wouldn't buy it for myself, because I could use my very small budget on something with bigger oomph. But if someone has a bottle he or she doesn't like, bottle which is rather a huge burden not even family and friends are willing to take from this person for free, I can "sacrifice" myself and I will adopt this sad Pure Oud. I promise, I  will make this juice happy.


Year: 2009
Nose: Calice Becker
Notes: saffron, oud, cypriol, gaiac wood, copahu balm, ciste, myrrh

Ryc. 1 i 3. www.etsy.com  KalstekPhotography
Ryc. 2 i 4. www.luckyscent.com

2014/01/22

Czekając na Godota / Waiting for Godot

English version below

Po długiej przerwie wróciłam. Najpierw zwaliła mnie z nóg grypa gigant, na dobrą sprawę utrzymująca się przez niemal trzy tygodnie, potem wybyłam na krótkie wakacje w cieplejszym klimacie, po powrocie męczył zatkany nos... wszystko sprzysięgło się przeciwko rzetelnemu testowaniu. Jedyne co mogę uczynić, to postarać się nadrobić braki w notkach. A że robiąc ostatnio porządek w próbkach, całkiem zamierzenie umieściłam wszystkie fiolki z nutą oudu w jednym pudełku, niewykluczone, że właśnie nastąpi zalew agarowych wpisów. Jakby to ładnie sformułować - mnie to nie przeszkadza, a was lojalnie uprzedzam. 

Na pierwszy ogień coś, co zalega u mnie od dawna i ciąży, bo przy każdym uniesieniu pokrywki pudełka otwiera dziób jak nieopierzony pisklak i domaga się, no może nie jedzenia, ale zdecydowanie uwagi. No to chlup!

Po lekturze nut Agar Musk Ramona Monegala założyłam, że zapach będzie na pewno fantastyczny i testowanie go okaże się całkiem przyjemne. I gdyby nie to, że nastawiłam się na oud i skórę...


Otwarcie jest piękne: zielona, sprężysta wetyweria, duża ilość aromatycznej, sypkiej, delikatnie korzennej gałki muszkatołowej, ambroksan i suchy, drzewny oud. Nuta oudu jest bardzo ciekawa, pozbawiona wszelkich medycznych, gorzkich, lizolowych, zatęchłych odcieni. Niestety, dość szybko znika. Na zawsze. Znika też gałka muszkatołowa. Na jej miejsce, natomiast, wskakują czyste, grzeczne białe piżmo, iso e super, w niespecjalnie dużej ilości, ale wyczuwalne, i odrobina kaszmeranu. Na tym etapie kompozycja nie jest zła (wetyweria jest naprawdę cudnej urody), wydaje mi się jednak ciut zbyt banalna, zbyt łagodna, zbyt podobna do znanych mi kompozycji (ma coś w sobie z Cashmere for Men Cristiano Fissore), co nie byłoby wadą, gdyby nie to, że czuję się, jakbym czekała na Godota, czyli oud i skórę. I tak czekam. I czekam. I czekam.


Mam nieodparte wrażenie, że ktoś mnie wystrychnął na dudka i obserwuje zza zakrętu, ewentualnie filmuje ukrytą kamerą. A może po prostu pan Monegal nie lubi mojej skóry (a spędziłam z nim nawet noc i co przysunęłam ramie do nosa, do nozdrzy docierały tylko iso e, ambroksan, kaszmeran i źdźbło wetywerii). Gdyby nie to, że się nastawiłam na mocniejsze doznania, zapach określiłabym jako ciekawy, dobrze się noszący, z zastrzeżeniem, że jednak syntetyczna ambra i syntetyczne drwa są bardzo zauważalne. Niemniej brak oudu i powalająca cena flakonu całkowicie wybiły mi z głowy jakiekolwiek rozważania o zdobyciu kilku nawet mililitrów. 

Z ciekawości zaczęłam też szukać recenzji rozsianych w czeluściach Internetu. I co znalazłam? "Mocny oud, gabinet lekarski, dużo drew, skóry i oudu". Zatem jedyne, co mi zostaje do powiedzenia: czytelniku, przetestuj to sam! 


Rok:
Nos: Ramon Monegal
Nuty zapachowe: oud, skóra, gałka muszkatołowa, wetyweria, piżmo 



After long break I am back. To begin with, I had horrible flu, which lasted almost three weeks, then I spent a short vacations in a warmer climate zone, and after that I fought with congested nose - everything turned against me. The only thing I can do now is write some more reviews. And because recently I was organizing my samples, I put all samples containing oud note in one box purposely. So it is possible that I will flood my blog with oud fragrances reviews. How can I put it in the words nicely - I don't mind and you consider yourself loyally informed. 

I should start with something which stares at me from the box every time I look for something to write next review about. And it stares, and stares...

When I read all notes of Agar Musk by Ramon Monegal I assumed that this fragrance would be fantastic and nice to test. And if only I wasn't expecting to find oud and leather in it...


Opening is really pretty: green, springy vetiver, a lot of aromatic, powdery, delicate, spicy nutmeg, ambroxan, and dry, woody oud. Oud note is very interesting, it lacks all medicine-y, bitter, lysol-like, musty shades. Unfortunately, is disappears pretty quick. For ever. Nutmeg disappears too. In its place you can find clean, polite white musk, iso e super, not too much, but detectable, and drop of cashmeran. At this stage composition isn't bad, isn't bad at all (vetiver is a really handsome guy), but I think it's too trite, too soft, too similar to other well-known scents (like Cristiano Fissore Cashmere for Men), which in general isn't a bad thing. But I personally feel like I was waiting for Godot, for oud and leather. And I am still waiting. And waiting. And waiting.


I have this feeling that someone made a bad joke, made a fool of me and now is watching me from around the corner or I am subject of a candid camera show. Or maybe Mr Monegal doesn't like my skin (and I even spent a night with him, and every time my arm was in close proximity to my nose, my nostrils were filled with iso e, ambroxan, cashmeran and vetiver). If I weren't expecting something stronger, I would say that this fragrance is interesting and nice, although synthetics are detectable. Still, lack of oud and leather, and oh-my-god-kill-me-now price for a bottle completely disqualify this fragrance from I-would-consider-buying-just-a-few-milliliters-of-this-scent list. 

Out of curiosity I was looking for Agar Musk's reviews in the abyss of Internet. Want to know what I found? "Strong oud note, doctor's office, pile of woods, leather and oud". So the only thing left to say is: My dear reader, test it yourself!


Year:
Nose: Ramon Monegal
Notes: oud, leather, nutmeg, vetiver, musk

Ryc. 1-2, 4-5. "Waiting for Godot" Samuela Becketta na Broadwayu. W rolach głównych Patrick Stewart i Ian McKellen.
Ryc. 3. www.luckyscent.com
Ryc. 6. www.fragrantica.com

2013/12/10

Rodzina królewska / Royalty

English version below

Szczerze przyznam, że nie znałam wcześniej marki Atkinsons (podobno jej założyciel od 1826 roku tworzył zapachy dla członków brytyjskiej rodziny królewskiej), a przynajmniej nie interesowałam się nią kompletnie... póki nie odkryłam dwóch flakonów, na których nie dało się nie zauważyć słowa-klucza, wytrycha niemal: oud.  No to zdobyłam próbki i z nadzieją zaczęłam testować. 



Atkinsons Oud Save the Queen rozczarował mnie niemiłosiernie. W otwarciu wszystko kręci się wokół neroli, jaśminu i kilku kropli bergamotki. Jest słodko, mdlącą i męcząco. Po kilku minutach kompozycja robi się jeszcze słodsza i zaczyna mi przypominać smak tanich landrynek. I tak to sobie trwa i trwa. Nawet po pół godzinie kompletnie nic się nie dzieje, stagnacja. Mam nieodparte wrażenie "podziwiania" marnej karykatury zapachu orientalnego.

W końcu po jakiejś godzinie coś się zmienia, pojawiają się kolejne nuty - słabiutki i niemrawy oud, pod rękę z plastikowo-chemicznymi jaśminem i neroli, oraz słodkawe sianko (zakładam, że za ostatnią nutę odpowiedzialna jest fasola tonka). Czuję się całkowicie przytłoczona tą kompozycją i nieustannie walczę z bólem głowy oraz mdłościami.

Trzy kolejne godziny z zapachem za nami, a w zamian dostajemy kwaskową wanilię, duszące kwiaty, słodkości i ciężkie drewno gwajakowe (czy muszę dodawać, że gwajak też w tym wypadku załapał się do podzbioru "słodkości"?) oraz siano.

Jak już zapewne zdążyliście się zorientować, Oud Save the Queen nie przypadł mi do gustu (że się tak mało dosadnie przez grzeczność wyrażę). Nawet jeżeli w kompozycji są jakieś przyjemne nuty, zakopane zostały pod wielkim stosem innych składników. I gdy po kilku długich godzinach wyczuję w końcu coś herbatopodobnego, pozbawionego towarzystwa tych wszystkich niekoniecznie ładnych aromatów, jest już po prostu za późno. Jestem najzwyczajniej w świecie zbyt zmęczona tymi perfumami. A przecież mogło być tak pięknie.




Rok: 2013
Nos: Francis Delamont
Nuty: herbata earl gray, goździki, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, oud, fasola tonka, drzewo gwajakowe.


A teraz prawdziwy bohater dzisiejszego wpisu. Oud Save the King to bardzo przyjemna kompozycja, którą otwierają aromatyczna herbata earl gray i owoce (mogłabym przysiąc, że czuję ciemnofioletową, soczystą śliwkę). Po kilku minutach do mojego nosa docierają aromaty zamszu, skóry i irysa. Ale największą przyjemność sprawia mi przewrotnie piękna nuta politurowanego oudu, który po chwili przyjmuje bardziej lekarstwiane zabarwienie. Irys wychodzi po angielsku, zatem do zachwytów pozostają niemal aksamitny zamsz, miękki sandałowiec w tle i ponownie politurowany oud. I oczywiście herbata earl gray.

Po pół godzinie zapach staje się cichszy, łagodniejszy, a oud nabiera słodszych odcieni. Mam nieodparte wrażenie, że gdzieś tam przebija się aromat ciemnej czekolady uzupełnionej ciepłymi przyprawami - kardamonem i gałką muszkatołową.

Im dłużej na skórze tym ciemniejszą kompozycja się staje. Skóra pachnie odrobinę gumowo i jakby ją ktoś uwędził. Wygasanie zapachu jest najzwyczajniej w świecie magiczne. Kilka czarnych nasionek wanilii i mnóstwo ciepłego, balsamicznego benzoesu. Naprawdę przyjemnie. Królewsko. Czy muszę coś jeszcze dodawać?


Rok: 2013
Nos: Amandine Clerc-Marie
Nuty: herbata earl gray, bergamotka, absolut korzenia irysa, zamsz, sandałowiec, oud.


I have to admit, that I hadn't known Atkinsons creations before (it is said that the founder, James Atkinson, became a personal perfumer of the British royal family in 1826), or at least I was totally not interested in this brand... until I spotted two bottles with key-word written on labels: oud. So I acquired two samples and with high hopes started testing. 

Atkinsons Oud Save the Queen disappoints me deeply. Opening is all about neroli, jasmine and a few drops of bergamot. Everything is sweet and insipid and really tiring. After few additional minutes composition is even sweeter than before and reminds me very cheap hard candies. And it lasts and lasts. Even after half an hour nothing else happens. I just feel that it is caricature of the oriental fragrances. 
Finally, after one hour other notes appear - very weak oud with a little plastic-like, chemical jasmine and neroli and sweetness of hay (I assume that tonka is responsible for that). I feel totally overwhelmed by this composition, I continuously fight with headache and mild nausea. 

Three hours pass and we have sour vanilla, oppressive flowers, sweets, heavy guaiac wood (do I need to mention that guaiac wood has sweet facets as well?), and hay. 

As you already realized I don't like Oud Save the Queen. Even if there is somewhere some nice and pleasant ingredient, it is buried under pile of other notes. And after long hours when I finally can smell some tea-like accord without all this unpleasant company, it is too late. I am just too tired of this composition. Such a waste of potential. It could have been so beautiful.



Year: 2013
Nose: Francis Delamont
Notes: earl gray, cloves, bergamot, jasmine, orange blossom, oud, tonka beans, guaiac wood.

And now to the real hero of this post. Oud Save the King is a really nice composition, which starts with earl gray tea and fruits (I could swear I can smell dark purple, juicy plum). In just few short minutes I can detect all the suede and leathery nuances and iris. But what pleases me the most is this strangely beautiful lacquerish note of oud which after not so long time changes its shade to more medicine-like. Then iris disappears. All we have is velvety suede, soft sandalwood in the background and again laquerish oud. End of course earl gray.

After half an hour fragrance starts to be more whispery, calmer, oud gets some sweeter facets, and I have this feeling that under all those notes lies dark chocolate mixed with some spices (nutmeg, cardamon).

The longer on the skin the darker this composition. Leather smells a little rubbery and more smoky. Drydown of this scent is purely magical. Few black seeds of vanilla and a lot of warm, balsamic benzoin. Scent is really nice. Regal. Do I need to say more? 


Year: 2013
Nose: Amandine Clerc-Marie
Notes: earl gray, bergamot, orris root absolute, suede accord, sandalwood, oud.

Ryc. 1 i 3. Zdjęcie koronacyjne króla Jerzego VI.
Ryc. 2. Zdjęcie koronacyjne królowej Elżbiety II.
Ryc. 4-5. www.fragrantica.com


2013/11/08

Warto próbować

English version below

Dawno temu zrozumiałam już, że gdzieś tam w świecie są perfumy, które uwielbiają moją skórę, ale są też takie, które jej nienawidzą i z miną kierowcy malucha pokazują jej gest Kozakiewicza. Niektóre kompozycje nigdy nie będą właściwie współpracowały z chemią mojej skóry. Oczywiście, jestem świadoma tego, że to wcale nie musi być wina mojej skóry, a mojego słusznych rozmiarów nosa. Mój nos doskonały nie jest. Nigdy nie był (i nigdy nikogo nie przekonywałam, że jest inaczej). Na przykład: Jego Wysokość nos nie lubi róży (moja skóra przeciwnie, różę uwielbia, a nawet podkręca jej aromat, sprawiając, że staje się mocniejszy, bogatszy, bardziej zmysłowy... co przyprawia mój nos o jeszcze większe męki). Ale nigdy nie wiesz, co się stanie z Twoim nosem. Albo co już się stało.

Testowałam jedną z wielu moich próbek kilka razy. Zapach zawsze wydawał mi się dobry, poprawny, technicznie bez zarzutu, ale nic poza tym. Nie było dreszczy emocji, nie było przyspieszonego bicia serca, rozszerzonych źrenic. Nic z tych rzeczy. Aż do dziś...

Kilka kropli Incense Oud Kiliana z  Arabian Nights Collection wylądowało na mojej skórze i wreszcie zrozumiałam, o co z tym szaleństwem na punkcie tej kompozycji chodzi. Otwiera się ona wspaniałym lekarstwianym oudem, któremu towarzyszą ciemne kadzidło, lepkie i balsamiczne żywice, ciepłe, odrobinę dymne drewna, ostry, ciepły kardamon i bardzo przyjemny, nie za mocny powiew zaledwie różano-cytrynowego geranium i maleńkiej róży. Przed oczami staje mi stary aptekarz, który kropelka po kropelce przelewa cenne esencje w małe fiolki, tworząc tajemnicze panaceum na zła wszelakie. Mogłabym przysiąc, że do moich nozdrzy dobiega gorzkawo-kwaskowy zapach dębu (dokładnie takiego, jakiego pamiętam z Chene Serge'a Lutensa).


Po chwili cytrynowa nuta zostaje zastąpiona nutą skórki grejpfruta. Paczula jest ziemista, ciemna i pylista, labdanum, również ciemne (kiedy mocno wwąchuję się we własną skórę, zdecydowanie wyczuwam  to labdanum, które sprawia, że Incense Normy Kamali tak mocno zapada w pamięć), tworzy z oudem miły dla nosa skórzany akord. I choć w oficjalnych nutach nie został wymieniony, wyczuwam miękki, waniliowy benzoes.


Im dłużej zapach pozostaje na skórze, tym bardziej różany się staje. Ale nadal, bez wątpienia mi się podoba. Słodsza, czekoladowa paczula miesza się w cudowny sposób z różą, oudem i kadzidłem. Zapach jest upojny. Dzięki temu róża nie męczy mojego nosa, nie jest zbyt ostra, nieprzyjemna. Piżmo i sandałowiec sprawiają, że całość jest przytulna i miękka. 

Z wygasaniem zapachu róża wydaje się mocniejsza, a im cieplejsza skóra, tym bogatsza w zapach róża na niej wykwita. Nadal mogę cieszyć się ostatnią fazą kompozycji, choć nie tak mocno jak wcześniejszymi. 



Rok: 2011
Nos: Sidonie  Lancesseur
Nuty zapachowe:  geranium, kardamon, różowy pieprz , róża, paczula, cedr wirginijski, papirus, methyl pamplemusse, piżmo, labdanum, sandałowiec, mech dębowy, kadzidło, oud


Long time ago I finally realized that somewhere out there are perfumes that like my skin very much, and ones that hate it and prefer to stick their middle finger and point it at me. Some compositions never will work with my skin chemistry. I am aware that it may not be a problem of my skin, but my big nose. My nose is not perfect, never was (I've never tried to convince anyone otherwise). For example: His Highness nose doesn't like rose (my skin loves it and makes rose even stronger, more opulent, voluptuous... what makes my nose even more miserable). But you never know what happens to your nose. Or what already happened. 

I tested one of many of my samples few times. Every time scent was good, correct, proper, but nothing more. There was no thrill, no fast heartbeat, no dilated pupils. Nothing.  Until today...

I poured few drops of Arabian Nights Collection Incense Oud by Kilian and finally understood what all this rave was about. It opens with marvelous medicine kind of agarwood accompanied by dark incense, sticky and balsamic resins, warm, just a little smoky woods, spicy, warm cardamon and really pleasant, not too strong whiff of rosy, lemony geranium, and small rose. This reminds me of an old apothecary, who drop by drop pours some essences into small vials making secret panacea. I could swear that I smell bitterish, sourish oak (exactly the same oak nuances as in Chene  by Serge Lutens). 

After a while this lemony note changes into note of grapefruit peel. Patchouli  is earthy, dark and dusty, labdanum also dark (if I try hard, I can definitely smell the reminiscent of labdanum known from Incense by Norma Kamali) creates with agarwood nice leathery accord. And if I didn't know notes I would definitely say I smell soft, vanilla benzoin.

The longer scent stays on my skin the rosier it is. But still, I like it doubtlessly. Sweeter, more chocolate like patchouli blend with rose, oud and incense. At this point scent is intoxicating. Thanks to that rose doesn't offend my nose, isn't too harsh and unpleasant. Musk and sandalwood make this composition cozy and soft.

Closer to drydown rose is stronger, and the warmer skin is, the more opulent rose grows from it. I can still enjoy this part, even if not as much as previous stages. 


Year: 2011
Nose: Sidonie Lancesseur
Notes: geranium, cardamon, pink pepper, rose, patchouli, virginia cedar, papyrus, methyl pamplemousse, musk, labdanum, sandalwood, oakmoss, incense, agarwood

Ryc. 1. Autor: Sergei Sogokon http://photo.net
Ryc. 3 i 4. Zdjęcia promocyjne Perfum znalezione w sieci.

2013/10/29

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zabierz*

Po ostatnim wysypie notek pochwalnych i perfumeryjnych peanów, wszystkich tych ochów i achów rzucanych na prawo i lewo, a przynajmniej ciągłego braku psioczenia i fujania przyszedł w końcu czas na poważny wpis, czyli w skrócie na... kolejny brak krytyki. Czy tylko ja mam wrażenie, że ostatnio jakoś ganienie mi nie idzie? Że wszystko mi się podoba? Że pozytywne opisy wypływają mi z opuszek stukających w klawiaturę tak płynnie, jak namawianie na kolejne zakupy z ust sprzedawcy miesiąca? Czy mnie tak łatwo kupić urokliwym zapachem, czy po prostu trafiam ostatnio na dobre kompozycje? A może się po prostu popsułam? Zima w tle?

Nieważne, jakie jest wytłumaczenie, nieważne, czy klepki mi się poprzestawiały, na urodę pewnych kompozycji nic nie poradzę. No bo co, na siłę mam ganić? Kiedy tak mi pachnie z łokcia, że aż się głodna robię... No ładnie, wygadałam się. Dziś będzie jadalnie.

A tak naprawdę szukałam kolejnego agarowca (bo przecież moje nieustające poszukiwania agarów, jak sama nazwa wskazuje, nie ustają). Jakiś czas temu wybrałam się w tym celu do butiku Aedes de Venustas doskonale przygotowana, dzierżąc w dłoni jak berło karteczkę z listą perfum, które koniecznie muszę powąchać. A jak już powąchałam Oud for Love The Different Company z blotera, tak kilka sekund później cieszyłam się aromatem dobiegającym wprost z mojego ramienia. A potem to już tylko krok dzielił mnie od zdobycia maleńkiej próbki.


A zapach to naprawdę przyjemny. W otwarciu ostrzejszy: złoty, słodko-gorzki szafran, kremowy sandałowiec, lekko pikantne ziarna kolendry, delikatnie musujące kwieciste aldehydy, miodowo-dębowa gorycz whiskey i zaledwie odrobina oudu. Oczywiście, dla takiego ekstremisty jak ja - za mało oudu.

Kiedy pojawiają się kwiaty - tuberoza i ylag-ylang, przez kilka chwil boję się oddychać (bo z tuberozą się nie lubimy, a z ylang-ylang też jakoś nie do końca mi po drodze). Ale cuda się zdarzają i tuberoza, i ylag-ylang są tak delikatne, że nie mam czego się obawiać. A i irys, który też nie jest jakimś moim ulubieńcem, jest tu piękny, pudrowo-maślany, przypominający fakturą łaskoczącą opuszki palców powierzchnię miękkiego zamszu. A ponieważ wszystkie te elementy wygrzewają się na łożu z pięknego sandałowca, to już w ogóle robi się miło i leniwie. Wyczuwalna jest również cicha nuta goździków, tylko dodająca kremowości zapachu kropli pikanterii. 

Po chwili znowu rozbłyskają aldehydy jak bąbelki najlepszego francuskiego szampana. Przeplatają się z ponownie wyczuwalną whiskey - tym razem mniej miodową, a bardziej goryczkowo-dębową. Ale to nie trwa długo. Bo w końcu na talerzu pojawia się najsmaczniejszy deser - kremowy, balsamiczny, niemal nadający się do zjedzenia sandałowiec, do tego rozbrzmiewa akord złożony z waniliowego heliotropu, puszystej ambry, przyjemnego, otulającego piżma, słodkiego balsamu tolu i sporej ilości złotego karmelu.


A kiedy już nasycę się tym wspaniałym waniliowo-karmelowym creme brulee, zaczynam dostrzegać w bazie zamszowe brzmienia kastoreum i irysa. Oudu brak i, o dziwo, przeszkadza mi to tylko trochę. Może dlatego, że w tle cichutko nuci sobie zielono-ziemista, drzewna wetyweria, która sprawia, że ten słodki w gruncie rzeczy zapach trąci od czasu do czasu z ramienia bardziej dymnie.

Żeby nie było. Nie lubię słodyczy. Ani w formie przekąsek, ani tych zamkniętych we flakonach. Nie lubię i basta. Niemniej wielkimi krokami zbliża się zima. Najwidoczniej podświadomie mój organizm boi się zimna i nabiera chęci na zgromadzenie odrobiny sadełka... choćby i tego perfumeryjnego. A skąd taki tytuł? No jak to skąd. Przecież to wiersz o miłości! W nazwie perfum też jest miłość. A nie ma nic piękniejszego niż miłość... do jedzenia.


I żeby nie było, że same pozytywy tu wypisuję. Zapach jest miły, piękny. Ale dla mnie to jednak za mało. Nie zaiskrzyło na tyle między nami, żeby marzyły mi się ponadpróbkowe mililitry słodkiej kompozycji. Za to zjadłabym malutką porcję creme brulee. Taką maciupką.

*Konstanty Ildefons Gałczyński, Prośba o wyspy szczęśliwe.

Rok: 2012
Nos: Bertrand Duchaufour
Nuty zapachowe: whiskey, szafran, kmin, kolendra, aldehydy, dzięgiel, tuberoza, ylang-ylang, irys, sandałowiec, goździki, piżmo,  ambra, kocanka, wetyweria, laotański oud, kastoreum, heliotrop, karmel, balsam tolu

2013/10/23

Za dużo czy za mało?

Czy zostało coś jeszcze do powiedzenia? Są tacy, którzy uważają, że powstało zbyt wiele, że powinien nastąpić wielki koniec, jeżeli nie gigantyczna implozja. Są też tacy, a ja wśród nich, którym chyba zawsze będzie mało... Mało perfum z nutą agaru oczywiście. Bo to o niego przecież chodzi.


Agar/oud/oudh/aoud/drewno aloesowe - czyli drewno z poddanych wieloletniej mikozie drzew z rodzaju Aquilaria, jeden z najdroższych  składników stosowanych w przemyśle perfumeryjnym, który ostatnio - ku uciesze jednych i gderaniu drugich - dodawany jest do takiej ilości kompozycji, że perfumy z oudem w składzie (lub nazwie) niemal zalewają rynek tudzież wyrastają jak grzyby (sic!) po deszczu*. I choć agaru mi wiecznie mało, zgodzę się z tym, że za ilością nie zawsze idzie jakość. Niestety. Po pierwsze, kolejne perfumy z agarem często przypominają te poprzednie (powstało zdecydowanie zbyt wiele kompozycji powielających klasyczny mariaż agaru z różą). Po drugie, choć w nazwie perfum słowo oud/aoud się pojawia, wcale nie świadczy o tym, że w składzie choć kropla tego składnika się znajdzie (i nie mam na myśli używania syntetyków, imitujących zapach oudu, zamiast olejku naturalnego**). Zatem, czy może mi coś jeszcze wpaść w nos? Czy coś może mnie zadziwić?

Dzisiejszą notkę sponsoruje literka "P" jak Pirath. Ponownie bardzo Ci dziękuję za próbkę!

Po takim wstępie łatwiej zrozumieć, dlaczego podchodziłam do LM Parfums Black Oud jak pies do jeża. A tu niespodzianka, bo otwarcie to słodko-korzenna gałka muszkatołowa, ciepły kmin, tylko odrobinę przypominający zapach spoconego ciała, oraz piękne, lekko gorzkie kadzidło - nie za gęste, nieduszące i co najważniejsze, nie przypomina tego kościelnego. Ale to nie koniec. Bo od razu można wyczuć pojawiające się już w tle i rosnące z każdą chwilą akordy agarowe, idealnie wyważoną dawkę najpierw bardziej słodkawą, wiśniową niemal, a sekunda po sekundzie coraz bardziej lizolowo-politurowo-skórzastą, oraz zalążki tłustego, gęstego, gładkiego sandałowca.


Baza pojawia się bardzo szybko. Już po kilku krótkich minutach, kiedy słodycz gałki muszkatołowej słabnie, dają się wyczuć mocne, ostre, gryzące, zwierzęce nuty: cybet i kastoreum.  Zaskakująco urokliwie komponują się z tym drzewno-przyprawowo-agarowym koktajlem.  Po kolejnych kilkunastu minutach znikają. Znikają całkowicie i więcej się nie pojawiają. Spod nich natomiast wyłania się zapach iście piękny, złożony z miękkiego,  lekko kremowego sandałowca, balsamicznego, cielistego labdanum, ciepłego kadzidła, suchego cedru, delikatnej nuty łagodnego agaru i bardzo przyjemnej dla nosa wanilii. A także benzoesu. Kompozycja nabiera ambrowych niuansów, zaokrągla się. Po ostrym początku, końcowa faza wydaje się wyjątkowo perfumeryjna.

Generalnie mam jedno "ale", spore "ale". Cóż z tego, że zapach naprawdę piękny, skoro najpierw trzyma się blisko mnie, zbyt blisko, a potem znika z mojej skóry niemal z prędkością światła (no dobrze, aż tak szybko to nie)?


Nie mogę oprzeć się wrażeniu  że Black Oud jest delikatniejszą, łagodniejszą, bardziej wygładzoną wersją Black Afgano Nasomatto. Podobieństwo, szczególnie w fazie najmocniejszego brzmienia sandałowca, jest uderzające.

* Nazwa zrobiła się tak modna, że perfumy to nie wszystko (mam nadzieje, że linki z wyjątkowo drogimi produktami do włosów Philipa B wam się otworzą, zatem miłego oglądania: klik, klik, klik i klik). 
** Drzewa z rodzaju Aquilaria znalazły się na liście gatunków zagrożonych wskutek zbyt dużego popytu na agar. Zatem ze względów ekologicznych jak najbardziej rozsądnym jest wykorzystywanie takich syntetyków (np. Kilian Hennessy w swoich kompozycjach wykorzystuje tylko oud syntetyczny). Na marginesie, sandałowiec biały (indyjski), czyli Santalum album też jest gatunkiem zagrożonym w wyniku nadmiernej eksploatacji. Nie narzekajmy zatem, jeżeli w perfumach wyczujemy odpowiedniki zrodzone w szklanej fiolce.

Rok: 2012
Nos: Z lektury www.lmparfums.fr wynika tylko, że założyciel marki Laurent Mazzone współpracuje ze znanymi nosami, ale który z nich przyczynił się do stworzenia Black Oud, tego już nie zdradzono.
Nuty zapachowe:
Nuty głowy: gałka muszkatołowa, kmin, kadzidło
Nuty serca: oud, labdanum
Nuty bazy: sandałowiec, cedr, cybet, kastoreum, wanilia, ambra

Ryc. 1 i 3. www.fragrantica.com

2013/10/21

Na początku był Chaos

Na początku był Chaos. A żeby być dokładnym, był to rok 1996. Donna Karan wypuściła na rynek perfumy inne niż wszystkie, noszące właśnie nazwę bezładnej, nieuporządkowanej materii, z której wyłonił się świat. Stworzenie kompozycji zlecił mąż Karan, Stephan Weiss, on też zaprojektował flakon, który kształtem przypominał sopel lodu. Po kilku latach kompozycję wycofano, nie muszę dodawać, że ku rozpaczy wielu, wielu jej miłośników. Zapanowała perfumeryjna żałoba. Jednak po kilku kolejnych latach, w roku 2008, Chaos przywrócono światu i dla niektórych stała się jasność. Ale podobno to już nie było to samo...

Nie wiem, nie znam pierwszej wersji Chaosu. I prawdopodobnie już nigdy nie uda mi się powąchać oryginalnego soczku zamkniętego we flakonie-soplu. Poznałam dopiero jego nową odsłonę, z walcowatego flakonu, przypominającego odrobinę dezodorant lub farbę w sprayu, którą zgubił współczesny muralista (po raz kolejny mogę rozpocząć narzekanie, że moja pasja perfumeryjna rozpoczęła się odrobinę zbyt późno i zdecydowanie zbyt wiele mnie ominęło).

Chaos Donny Karan jest... przestrzenią. Chłodną i ciepłą jednocześnie. Otwarcie jest chłodne i ziołowe - intensywne, ostre nuty rumianku, szałwii i lawendy to szklana kula, w której zamknięto wszechświat. I mnie z tym wszechświatem. Kiedy od środka dotykam tej niemal niewidocznej powierzchni, czuję na dłoni chłód. Opuszki palców aż mrowią, jakby między nimi a molekułami roztopionego piasku kwarcowego przebiegał zimny prąd. Aromat kadzidła wypełnia dodatkowo chłodem tę szklaną przestrzeń. Ale chwilę później w środku kuli pojawiają się jak małe, generujące ogromną ilość energii eksplozje, czyli przyprawy: dentystyczne goździki, słodko-gorzki, pylisty cynamon, jakby lekko zwietrzały, gorzkawy szafran, suche, drzewne wręcz ziarna kolendry. Ciepło przypraw i chłód ziół nie mieszają się ze sobą, tak jak nie mieszają się ze sobą woda i olej. Przepływają obok siebie, krople jednego zawieszone są w drugim, ale się nie przenikają.


Oud, który w końcu pojawia się w kompozycji, jest lekko chemiczny, przypominający lakier lub rozcieńczalnik do farb. A raczej politurę. Drażni nos, niemal piecze, kiedy zaciągam się aromatem Chaosu. Ta nuta jest i niepokojąca, i przyjemna. Cielisto-skórzaste labdanum w bazie, miękkie piżmo, okruch ambry oraz sandałowiec ocieplają nieznacznie zapach. Jednak mimo tego dodatkowego ogrzania, wraz z każdym kolejnym wdechem nadal ma się poczucie odosobnienia, alienacji.


Nosząc na sobie Chaos, mam czasem wrażenie odwróconej klaustrofobii - to nie strach przed zamkniętą grubymi, ciemnymi murami małą przestrzenią,  a przed ciasnymi, szklanymi ścianami nieskończonego kosmosu, zamykającymi się nade mną, wokół mnie i tłamszącymi swą ogromną, ciężką pustką.  Jest to niesamowite wrażenie, które sprawia, że mój odbiór Chaosu zmienia się - raz nosi mi się go wspaniale, raz mam ataki paniki przy najdrobniejszym ruchu molekuł. Niemniej, za każdym razem w niezrozumiały sposób kompozycja mnie hipnotyzuje. 

To zdecydowanie relacja kocham-i-nienawidzę-jednocześnie-i-nie-wiem-jak-mam-sobie-z-tym-poradzić. Chcę Chaosem pachnieć i zamieram na samą myśl, że mogłabym się nim uraczyć. Marzę o pięknym, czarnym flakonie i nie chcę go w swojej kolekcji. I nie wiem, czy rozpaczać, że właśnie spiłam ostatnie krople dekantu, czy się z tego cieszyć. W mojej głowie panuje chaos.


Rok: 2008
Nos: ?
Nuty zapachowe: kolendra, lawenda, szałwia, rumianek, goździki, szafran, kardamon, cynamon, drzewo sandałowe, oud, piżmo

2013/10/20

Przywyknąć do róży

A więc nie ustaję w testowaniu (nie ma to jak zarzucić dobrym "awięcem" na początku zdania w piękne niedzielne popołudnie). Nic nowego. Znaczy sporo, bo co chwilę pachnę czymś nowym. Zaiste, wielce mi to odpowiada. I cały czas mi mało. Jak ja bym chciała mieć kilka dodatkowych ramion... oraz nosów, przede wszystkim wtedy, gdy wybywam na zapachowy spacer, żeby móc najpierw spryskać kolejne fragment skóry wszystkim tym, co mi w nos wpadnie, a potem chłonąć kolejne molekuły bez opamiętania. Czasem obrywa się psikiem mojemu towarzyszowi niedoli zwanej życiem, co znowuż nie zawsze bardzo go cieszy, szczególnie jak ogłuszę go jakimś w jego mniemaniu śmierdzielem. I potem muszę wysłuchiwać, jaka to ja zła i niedobra, a moje zachowanie powinno  zostać ujęte w konwencjach dotyczących praw człowieka oraz tych o zakazie rozprzestrzeniania broni masowego rażenia. Życie! A przecież powinien się cieszyć, że oszczędzam go, jak mogę i kwiatkami nie raczę. Najwidoczniej z czystego masochizmu kwiatki testuję na sobie.


Arabian Nights Collection Musk Oud od Kiliana to... róża. Najpierw różowa, rozdelikacona drobnymi, odświeżającymi cytrusami (kwaskową cytryną i słodkimi mandarynkami) i różano-cytrusowym geranium. Ale już po chwili gęstnieje, ciemnieje, nabiera coraz bardziej czerwonych odcieni, staje się cięższa i bardziej oleista.  Przez jakiś czas niemal nic innego poza jej intensywnym aromatem nie dobiega z mojej skóry.

Ale w końcu powoli zaczynają rozlegać się jak małe dzwonki nuty kardamonu. Nie za dużo. I pojawia się goryczka - zielony, ziołowy piołun. Rozpoznaję też nieśmiałe, delikatnie zwierzęce niuanse. Wyważone, nie za ostre, nie gryzące w nos i odstręczające, a ciepłe i przykuwające uwagę. Oud. Oud w wersji cywilizowanej, bardziej o drzewnym, tylko odrobinę stęchłym odcieniu, a nie dziki, ostry, plastikowo-lizolowo-szpitalny.  I zdecydowanie go za mało. Poważyłabym się nawet o opinię, że to nie oud, a impresja na jego temat, wyobrażenie, jakie o nim miał Alberto Morillas. Paczula podkreśla drzewność aromatu i dodaje całości ziemistego zabarwienia. 

Róża robi się delikatnie słodsza, zielonkawa, jakby została nam podana wraz z gałązką, na której wyrosła. I w końcu pojawia się kadzidło - kadzidło lekko dymne, przestrzenne, w którego nuty wplątane są nuty cyprysu. I dobrze. Bo inaczej róża zbyt obciążałaby zapach, ciągnęłaby go ku skórze, a kadzidło z cyprysem sprawiają że zapach wypełnia się powietrzem, ożywa i wibruje.


Staram się różę polubić, a przynajmniej zaakceptować. Wiem, że jak do niej przywyknę, przestanie tak drażnić, odstawać i wybijać się ponad wszystkie inne składniki. A przyjemnie zaprawiona kadzidłem i paczulą róża trwa w Musk Oud bardzo długo. I co ciekawe, po kilku godzinach znowu zaczynają wydobywać się z niej cytrusowe niuanse, delikatne, słabiutkie, ale jednak są. Róża, choć trwa niestrudzenie, łagodnieje. Piżmo sprawia, że zapach staje się milszy, przytulniejszy. A potem robi się bardziej miękko. To pewnie przez kilka kropli rumu, które przyjemnie spija się ze skóry... 


Rok: 2013
Nos: Alberto Morillas
Nuty zapachowe: 
Nuty głowy: cytryna, mandarynka, kardamon, kolendra
Nuty serca: cyprys, bułgarska róża, geranium, piołun
Nuty bazy: rum, kadzidło, oud, piżmo, paczula

Ryc. 1 i 3. www.bykilian.com

2013/09/04

Szafranowe otwarcie

Zawsze trudniej zabrać mi się do pisania po przerwie. Nawet bardzo krótkiej przerwie. Słowa nie przychodzą tak szybko, jak zawsze, myśli nie kleją się, jak powinny, obrazy są zamazane, niewyraźne, klawiatura staje okoniem i podstawia jedne literki na miejsce innych (przynajmniej tak tłumaczę sobie te wszystkie irytujące literówki, pominięte znaki i braki kropek, tudzież ogonków). Niemniej, miło było odpocząć, od komputera przede wszystkim, bo tak się pod koniec tygodnia zaczytałam w kolejnych tomach "A Song of Ice and Fire", że zapomniałam o tym, co się dzieje wokół mnie. Oj, błogo było, błogo, mimo ciężkich jak wór cegieł tomów i każdego kolejnego obszerniejszego od poprzedniego, a mnóstwo przyjemności nadal jeszcze przede mną, jupi! (Nadganiam lekturę, bo zaczęłam oglądać serial na podstawie tej sagi, a zdecydowanie wolę jedyną słuszną kolejność: najpierw książka, potem film). Czyli amerykański długi weekend uznaję za wielce udany. Tak święto pracy to ja mogę celebrować.

A przy okazji, jak już ułożyłam się wygodnie na mojej wielkiej kanapie z książką w ręce i kolejną filiżanką rozpieszczającej kubki smakowe kawy (mój pan połówek robi najlepszą kawę na świecie!) (a pewnie, że się teraz podlizuję, przecież muszę na te kawę jakoś "zasłużyć", bo inaczej sama będę sobie musiała ją robić, a to już nie to samo, bo moje dzieło tak dobre jak mężowe nie jest), różne aromatyczne mikstury lądowały na skórze wnętrza mojego łokcia, bo wąchanie jest równie boskie, jak czytanie. I były oudy, i kadzidła, i drewna i tak sobie wirowały, i unosiły się, i mamiły nozdrza. 

Jako że podczas ostatniego potupania do butiku Atelier Cologne zdobyłam próbkę Gold Leather, właśnie to najczęściej parowało z mojej skóry. Otwarcie jest zaskakujące. Lampka koniaku, dużo gorzkiej, soczystej pomarańczy, ziołowa nuta, lekarstwiany, odrobinę kwaskowy, skórzasty oud, kilka rzemyków i... całe wirujące obłoki lekko gorzkawego, ciemnopomarańczowego jak późno popołudniowe słońce szafranu. Nigdy wcześniej aż takiej dawki tej najdroższej przyprawy świata w perfumach nie doświadczyłam.


Kolor tego zapachu jest dokładnie połączeniem kolorów poszczególnych jego składników. I nawet nie wiedząc, co za ingrediencje otwierają tę kompozycję, przed oczami nadal wirowałyby plamy pomarańczowe, złote, żółte i rudoczerwone. W powietrzu wisi obietnica cudownego oudu - można wyczuć lekarstwiano-balsamiczne gęste krople, które dodatkowo potęgują gorzkawą nutę szafranu i gorzkiej pomarańczy.

Po kilkunastu minutach ziołowa nuta w tej kompozycji staje się głośniejsza, listki bylicy wyglądają coraz dorodniej i zaczynają przysłaniać szafranowe słupki. Jednak dopiero pojawienie się eukaliptusa, który sprawia, że zapach staje się przestrzenny, kamforowy i przy każdym kolejnym wdechy mocniej udrożniający górne drogi oddechowe, tłumi szafranową nutę niemal całkowicie. I przypuszczalnie mogłoby mnie to w końcu zmęczyć, gdyby nie mocno dojrzała śliwka o ciemnofioletowej skórce i niemal pomarańczowym, soczystym, słodkim wnętrzu. Tak aromatyczna, że chciałoby się ją zjeść. I nieważne, że kompozycja sama w sobie nie jest jadalna, bo ma się wrażenie, że spomiędzy tych niejadalnych brzmień można wyłuskać dorodny owoc, wgryźć się w niego i cieszyć się cieknącym po brodzie i palcach gęstym, lepkim, słodkim sokiem.


Szafranowy akord prawie znika. Prawie. Bo choć zaczynają tłumić go inne elementy zapachowej układanki, jego barwa zaczyna się zmieniać i coraz bardziej przypomina kłącze irysa. Zaledwie jeden mały okruch. Do tego dochodzi delikatna skóra - miękka i w dość jasnym kolorze. Nie za dużo, w sumie w sam raz (choć nie przeczę, osobiście wolałabym więcej). Oud nie jest w tej kompozycji oudem-zabójcą (przypuszczam, że to "wina" użycia syntetyku, a nie składnika naturalnego), choć jego zapowiedź w otwarciu była obiecująca, niemniej jest wyczuwalny, nadaje kompozycji głębi, dodaje kolejne wymiary. A poza tym trochę cedru i odrobina gorzko-słodkiego gwajaka. Drzewna baza nie jest porażająca ni agresywna. Jest za to bardzo przyjemna i trwa naprawdę bardzo długo. 

Gold Leather mógłby pachnieć podróżnik-poszukiwacz nowych przypraw, nowych smaków, który dzień zaczyna kilkoma kroplami szlachetnego alkoholu, a potem przenosi się z miejsca na miejsce, by znaleźć doskonały szafran na jednym z suków, a na drugim końcu świata kamforowy eukaliptus, Podróżnik, który w opuszczonym sadzie zrywa z drzew dojrzałe śliwki i naciera się agarowymi attarami zamkniętymi w drewnianych szkatułkach przechowywanych w skórzanej torbie. Po prostu zadowolony z życia człowiek.


Rok: 2013
Nos: Jerome Epinette
Nuty zapachowe:
Nuty głowy: gorzka pomarańcza, szafran, rum
Nuty serca: śliwka, bylica, eukaliptus
Nuty bazy: gwajak, cedr, oud, skóra

Ryc. 2. www.ilewazy.pl

2013/08/26

It's alive!

Jestem w agarowym ciągu. Nie wiem tylko, czy to jeszcze kogokolwiek dziwi. Marzy mi się dokupienie czegoś do agarowej kolekcji, czegoś, co sprawi, że zapachowo zatracę się choć na moment, a potem będę śnic o ulubionych nutach, aż w końcu poddam się i potupię do sklepu, by nabyć drogą kupna flakonowe szaleństwo.

Zatem dzielnie szukam, czytam nuty, testuję, sprawdzam, szukam dalej, znowu testuję i tak w kółko. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, nie, a wręcz przeciwnie. Towarzysza niedoli zwanej życiem przestało już dziwić wieczne niuszenie i obwąchiwanie łokci. Już nawet się przyzwyczaił do tego, że w wąchanie również został zaangażowany (czy tego chce, czy nie), choć jego opinia sprowadza się najczęściej do "fuj" i "takie Twoje", co czasem mam wrażenie bywa jednoznaczne (ale bestia się do tego nie przyzna, choćby go przypalali) i "nic nie czuję". Od czasu do czasu padnie też "fajne!", ale nie za często.

Ostatnio testowałam kilkukrotnie Histoires de Parfums Edition Rare - Petroleum i długo zastanawiałam się, co o nim tak naprawdę myśleć, bo zawarty w tej kompozycji oud jest jednym z dziwniejszych i... ciekawszych. 

Z zaskoczenia pisnęłam, gdy pierwszy raz wylałam co nieco z próbki na skórę. Chmura ozonu, całe jego morze, a nawet ocean i wyjątkowo ciemny, gesty, brudny, ziemisty, brzydki, dymny i przypominający spaloną skórę oud. A do tego kropla bergamotki. Nic tylko strzelające w koło pioruny, strzelające zdecydowanie w jakąś tkankę żywą. Niesamowite połączenie! Brzydkie, odpychające i magnetyczne, hipnotyzujące jednocześnie.




Tak, początek to zdecydowanie twór doktora Frankensteina, tym bardziej, że po chwili wszelki brud i dym znikają, zostaje ozon, drzewny oud, a do tego towarzystwa przyłączają się mocno zwierzęcy cybet i skóra, choć ta skóra przypomina bardziej skajową tapicerkę starych PKSów, której "aromat" do tej pory przyprawia mnie o zaczątki choroby lokomocyjnej.




Na szczęście skaj nie trwa wiecznie, nuty animalistyczne wychodzą po angielsku, oud jest piękny i suchy, ozon aż gesty i nagle pojawia się coś pudrowego. Domyślam się, że to kolejne wcielenie aldehydów, które mogą przybierać postać irysa tudzież fiołków. I im dłużej wącham i analizuję poszczególne akordy, tym wyraźniejsza wydaje mi się paczula, tak fiołkowo podobna do tej z Patchouli M.Micallef. Gdzieś tam też zakwita maleńka różyczka, nie za duża, jasnoróżowa, na cieniutkiej łodyżce. Potwór przechodzi operację plastyczną i nabiera nieco ogłady.




Z czasem zapach tylko pięknieje. Ozon przestaje być tak męczący, oud pozostaje suchy i drzewny, a na skórze wykwita balsamiczna ambra. Odpowiednia dawka piżma sprawia, że zapach coraz bardziej kojarzy się z czystością, delikatnością.  W pewnym momencie czuję, jakby ta kompozycja była bańką mydlaną, którą ktoś wydmuchuje przez rurkę, pozwala jej przez chwilę szybować, w końcu przekłuwa, a maleńkie mydlane kropelki rozpryskują się na wszystkie strony. 




Końcówka zapachu jest zdecydowanie kobieca - delikatna, kwiatowo-pudrowa, miękka. Długo utrzymuje się na skórze, ale projekcja jest raczej niewielka. 



Rok: 2011
Nos: Gerald Ghislain
Nuty zapachowe: oud, bergamotka, aldehydy, ambra, cybet, skóra, paczula, piżmo

Ryc. 1. Boris Karloff jako potwór stworzony przez doktora Frankensteina w filmie "Frankenstein" z 1931 roku w reż. Jamesa Whale'a.
Ryc. 2-3. Kadry z filmu "The Skin I Live In" ("La piel que habito") z 2011 roku, w reż. Pedro ALmodovara.