2013/12/11

Szept / Whisper

English version below

Zwyczajowo, jak co roku, kiedy temperatura leci na łeb, na szyję, instynktownie poszukuję ocieplaczy wszelakich. I nieważne, czy są to swetry, szale, miękkie i ciepłe spodnie ekhem dresowe (no przecież nie będę stroić się w czarny smoking, kiedy kot na mnie leży), kaszmirowe skarpety czy perfumy. Coś drzewnego, przyprawowego, miękkiego, ambrowego, może odrobinkę słodkiego, kremowego, a czasem niemal jadalnego. Czegoś nierozpraszającego, zbyt głośnego czy przytłaczającego, a raczej zdecydowanie prostego, bliskoskórnego i przyjaznego, czegoś, co stopi się z moim ciałem w jedno i sprawi, że będzie mi... dobrze. 


Profumum Roma Santalum szepcze do mnie. Jego głos nie jest ostry a kojący, język nie nazbyt skomplikowany, bo przecież poszukuję idealnej prostoty, myśli głębokie, zachęcające do ich kontemplowania, obecność nieoczywista, ale przynosząca spokój. Ale co najważniejsze, Santalum to od początku do końca piękny drzewny zapach. 


Otwarcie to nadzwyczaj urodziwa, lekka nuta sandałowca. Zdecydowanie ciepła i przytulna. Drewno jest miękkie. Niemal wierzę w to, że gdybym  tylko mogła dotknąć jego powierzchni, poczułabym się, jakbym dotykała czyjegoś ciała - ciężar mojego dotyku, moich palców zdecydowanie odcisnąłby się na skórze. I właśnie taka drzewna nuta rozbrzmiewa najpierw. Ale już kilka minut później pojawiają się inne głosy: cynamon, nie za ostry, ale lżejszy, niemal w kwiatowymi odcieniami, odrobina kardamonu, trochę słodkiej, balsamicznej mirry, która sprawia, że zapach daleki jest od bycia monotonnym i nudnym.


Wszystkie te głosy mieszają się, stapiają. Kompozycja staje się bardziej kremowa i zdecydowanie wyczuwam w niej prawdziwą wanilię, idealną jej ilość, zatem niemal mogę na języku poczuć coś jakby śmietankowy budyń, ale na szczęście całość nie jest zbyt jadalną mieszanką, zbyt dziewczęcą. Duży wpływ ma tutaj temperatura - mojego ciała lub ta za oknem - ponieważ w niektórych sytuacjach te jadalne odcienie wydają się jeszcze mniej widoczne. Ale jednego jestem pewna bez względu na okoliczności - Santalum pachnie niebiańsko.


Rok:
Nos: rodzina Durante
Nuty zapachowe: sandałowiec, mirra, przyprawy


It is natural for me that when temperature drops I instinctively look for something which helps me keep warm or warmer. Everything counts: sweaters, shawls, soft sweatpants, cashmere socks and perfumes. Something woody, spicy, earthy, soft, ambery, maybe just a little sweet, creamy or sometimes even gourmandy (but obviously not too much). Not too distracting, too loud or overwhelming, rather simple, intimate and friendly, something which melts with me and makes me feel... right. 


Profumum Roma Santalum whispers to me. Its voice isn't harsh but soothing, its language isn't complicated but it's simplicity I am looking for, its thoughts are deep and encourage me to contemplate them, its presence isn't too obvious but reassuring. And what is the most important, Santalum is a beautiful woody scent from the beginning to the end. 

It opens with amazingly beautiful, light sandalwood note. Definitely warm and cozy. Wood is so soft that I have this feeling that if I could touch it, it would be as touching and lightly pressing someone's body - weight of my touch, of my fingers would be definitely visible on a skin. And this woody note is what you get at the beginning. But just after few minutes some other notes appear: cinnamon, not too harsh and spicy, but lighter with almost delicate flowery facets, just a bit of cardamom, a little sweet and balsamic myrrh which keeps this fragrance far from being too monotonous and boring. 


All notes melt and mix together. Composition starts to be creamier and I definitely can smell vanilla beans, just the right amount, so I can almost taste creamy pudding, but luckily scent isn't too edible, too girly. But it depends on temperature of my body or the weather, because those almost gourmandy aspects in some situations are even less prominent. But I am sure of that - Santalum smells heavenly.


Year:
Nose: Durante's family
Notes: sandalwood, myrrh, spices

2013/12/10

Rodzina królewska / Royalty

English version below

Szczerze przyznam, że nie znałam wcześniej marki Atkinsons (podobno jej założyciel od 1826 roku tworzył zapachy dla członków brytyjskiej rodziny królewskiej), a przynajmniej nie interesowałam się nią kompletnie... póki nie odkryłam dwóch flakonów, na których nie dało się nie zauważyć słowa-klucza, wytrycha niemal: oud.  No to zdobyłam próbki i z nadzieją zaczęłam testować. 



Atkinsons Oud Save the Queen rozczarował mnie niemiłosiernie. W otwarciu wszystko kręci się wokół neroli, jaśminu i kilku kropli bergamotki. Jest słodko, mdlącą i męcząco. Po kilku minutach kompozycja robi się jeszcze słodsza i zaczyna mi przypominać smak tanich landrynek. I tak to sobie trwa i trwa. Nawet po pół godzinie kompletnie nic się nie dzieje, stagnacja. Mam nieodparte wrażenie "podziwiania" marnej karykatury zapachu orientalnego.

W końcu po jakiejś godzinie coś się zmienia, pojawiają się kolejne nuty - słabiutki i niemrawy oud, pod rękę z plastikowo-chemicznymi jaśminem i neroli, oraz słodkawe sianko (zakładam, że za ostatnią nutę odpowiedzialna jest fasola tonka). Czuję się całkowicie przytłoczona tą kompozycją i nieustannie walczę z bólem głowy oraz mdłościami.

Trzy kolejne godziny z zapachem za nami, a w zamian dostajemy kwaskową wanilię, duszące kwiaty, słodkości i ciężkie drewno gwajakowe (czy muszę dodawać, że gwajak też w tym wypadku załapał się do podzbioru "słodkości"?) oraz siano.

Jak już zapewne zdążyliście się zorientować, Oud Save the Queen nie przypadł mi do gustu (że się tak mało dosadnie przez grzeczność wyrażę). Nawet jeżeli w kompozycji są jakieś przyjemne nuty, zakopane zostały pod wielkim stosem innych składników. I gdy po kilku długich godzinach wyczuję w końcu coś herbatopodobnego, pozbawionego towarzystwa tych wszystkich niekoniecznie ładnych aromatów, jest już po prostu za późno. Jestem najzwyczajniej w świecie zbyt zmęczona tymi perfumami. A przecież mogło być tak pięknie.




Rok: 2013
Nos: Francis Delamont
Nuty: herbata earl gray, goździki, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, oud, fasola tonka, drzewo gwajakowe.


A teraz prawdziwy bohater dzisiejszego wpisu. Oud Save the King to bardzo przyjemna kompozycja, którą otwierają aromatyczna herbata earl gray i owoce (mogłabym przysiąc, że czuję ciemnofioletową, soczystą śliwkę). Po kilku minutach do mojego nosa docierają aromaty zamszu, skóry i irysa. Ale największą przyjemność sprawia mi przewrotnie piękna nuta politurowanego oudu, który po chwili przyjmuje bardziej lekarstwiane zabarwienie. Irys wychodzi po angielsku, zatem do zachwytów pozostają niemal aksamitny zamsz, miękki sandałowiec w tle i ponownie politurowany oud. I oczywiście herbata earl gray.

Po pół godzinie zapach staje się cichszy, łagodniejszy, a oud nabiera słodszych odcieni. Mam nieodparte wrażenie, że gdzieś tam przebija się aromat ciemnej czekolady uzupełnionej ciepłymi przyprawami - kardamonem i gałką muszkatołową.

Im dłużej na skórze tym ciemniejszą kompozycja się staje. Skóra pachnie odrobinę gumowo i jakby ją ktoś uwędził. Wygasanie zapachu jest najzwyczajniej w świecie magiczne. Kilka czarnych nasionek wanilii i mnóstwo ciepłego, balsamicznego benzoesu. Naprawdę przyjemnie. Królewsko. Czy muszę coś jeszcze dodawać?


Rok: 2013
Nos: Amandine Clerc-Marie
Nuty: herbata earl gray, bergamotka, absolut korzenia irysa, zamsz, sandałowiec, oud.


I have to admit, that I hadn't known Atkinsons creations before (it is said that the founder, James Atkinson, became a personal perfumer of the British royal family in 1826), or at least I was totally not interested in this brand... until I spotted two bottles with key-word written on labels: oud. So I acquired two samples and with high hopes started testing. 

Atkinsons Oud Save the Queen disappoints me deeply. Opening is all about neroli, jasmine and a few drops of bergamot. Everything is sweet and insipid and really tiring. After few additional minutes composition is even sweeter than before and reminds me very cheap hard candies. And it lasts and lasts. Even after half an hour nothing else happens. I just feel that it is caricature of the oriental fragrances. 
Finally, after one hour other notes appear - very weak oud with a little plastic-like, chemical jasmine and neroli and sweetness of hay (I assume that tonka is responsible for that). I feel totally overwhelmed by this composition, I continuously fight with headache and mild nausea. 

Three hours pass and we have sour vanilla, oppressive flowers, sweets, heavy guaiac wood (do I need to mention that guaiac wood has sweet facets as well?), and hay. 

As you already realized I don't like Oud Save the Queen. Even if there is somewhere some nice and pleasant ingredient, it is buried under pile of other notes. And after long hours when I finally can smell some tea-like accord without all this unpleasant company, it is too late. I am just too tired of this composition. Such a waste of potential. It could have been so beautiful.



Year: 2013
Nose: Francis Delamont
Notes: earl gray, cloves, bergamot, jasmine, orange blossom, oud, tonka beans, guaiac wood.

And now to the real hero of this post. Oud Save the King is a really nice composition, which starts with earl gray tea and fruits (I could swear I can smell dark purple, juicy plum). In just few short minutes I can detect all the suede and leathery nuances and iris. But what pleases me the most is this strangely beautiful lacquerish note of oud which after not so long time changes its shade to more medicine-like. Then iris disappears. All we have is velvety suede, soft sandalwood in the background and again laquerish oud. End of course earl gray.

After half an hour fragrance starts to be more whispery, calmer, oud gets some sweeter facets, and I have this feeling that under all those notes lies dark chocolate mixed with some spices (nutmeg, cardamon).

The longer on the skin the darker this composition. Leather smells a little rubbery and more smoky. Drydown of this scent is purely magical. Few black seeds of vanilla and a lot of warm, balsamic benzoin. Scent is really nice. Regal. Do I need to say more? 


Year: 2013
Nose: Amandine Clerc-Marie
Notes: earl gray, bergamot, orris root absolute, suede accord, sandalwood, oud.

Ryc. 1 i 3. Zdjęcie koronacyjne króla Jerzego VI.
Ryc. 2. Zdjęcie koronacyjne królowej Elżbiety II.
Ryc. 4-5. www.fragrantica.com


2013/12/09

Do poczytania / Something to read

English version below

Zawsze powtarzam, że winę za odbiór i interpretację zapachu ponoszą moja skóra i mój nos.



I repeat it constantly, that for interpreting any fragrance I sniff, responsible are my skin and my nose. 



2013/12/04

Inez & Vinoodh

English version below


Jestem bardzo upartą osobą. Jak sobie coś ubzduram, to nie ma takiej siły, która by mnie przekonała, że jest inaczej. Odnosi się to również do perfum. Za każdym razem, kiedy widzę flakon sygnowany przez celebrytę maści wszelakiej, nie mogę zwalczyć swojej niechęci, a nawet wstrętu. Prawdopodobnie dlatego, że agencje PRowskie, stojące za danym zapachem, oczekują, że ludzie rzucą się do sklepów i wykupią cały jego zapas. A może dlatego, że nie spodziewam się po takiej kompozycji niczego dobrego. Może zakładam, że nie jest warta mojego czasu ni nosa. Zatem wyjątkowo trudno przekonać mnie do powąchania zawartości takiego flakonu. Jednak ostatnio moje pragnienie poznania tego, co gdzieś tam czeka na poznanie, było mocniejsze niż mój upór. W czasie wypadu do Barneysa zapodałam sobie kilka kropli ciekłej przyjemności i obwąchiwałam swój nadgarstek nie tylko w drodze powrotnej do domu, ale i przez pozostałą część dnia. No ale celebryci sygnujący zapach jacyś mało celebryccy, a i marka nie byle jaka...


Byredo 1996 Inez & Vinoodh jest wynikiem współpracy Bena Gorhama z Byredo i sławnego duetu fotografów mody Inez van Lamsweerde and Vinoodha Matadina. Inspiracją było zdjęcie wykonane przez Inez w 1996 roku i zatytułowane "Kirsten 1996".


Otwarcie jest gęste od jałowca, który sprawia, że zapach wydaje się chłodny. Ale już kilka sekund później do głosu dochodzą marchewki - świeżo obrane, pomarańczowe i soczyste. Niemal słyszy się, jak chrupią w zębach, a na języku czuć ich włókna. Akord jest intensywny, ale nie za mocny i nie przesadnie męczący (choć muszę przyznać, że jeden psik to sporo).

Po pewnym czasie zamiast marchewek można wyczuć bardziej irysowe i skórzaste brzmienia. Podoba mi się to, że w zasadzie nie wyczuwam pudrowych nut. Wiem, że gdzieś tam zakwita fiołek, ale raczej zielony niż pudrowy. Irys na początku przypomina zamsz, a kilka minut później już twardszą i sztywniejszą skórę, niemniej bez wątpienia ma ona kolor beżowy. Paczula wyrasta miękka, niezbyt ciemna, niespecjalnie ziemista, pachnie raczej cudownie, ciepło i przytulnie. Ambra jest okrągła i pluszowa, aromaty labdanum i benzoesu z kilkoma kroplami wanilii są zauważalne, szczególnie kiedy wanilia staje się mocniejsza, ciepła i przyjemna.

Nie jestem prawdziwą fanką irysa, najczęściej wzdrygam się, jak tylko go poczuję, a mój żołądek zaczyna się niebezpiecznie kurczyć, ale ta kompozycja jest tak przyjemna, że samą mnie to zaskakuje. Zapach nie wydaje się zbyt skomplikowany, zawiły, a raczej taki łatwy do polubienia. (Na marginesie: staram się powoli uczyć irysa, róży i innych nut, za którymi nie przepadam.)

Myślę, że powinnam zmienić zdanie co do perfum noszących znane nazwiska. Nie mam nic do stracenia... a mogę wiele zyskać.


Rok: 2013
Nos: ?
Nuty zapachowe:
Nuty głowy: jałowiec, czarny pieprz
Nuty serca: fiołek, akord skórzany, irys
Nuty bazy: paczula, czarna ambra, wanilia


I am a very stubborn person. If I decide not to do something, there is almost no force in the whole universe to make me act otherwise. It is even applicable to my hobby. Every time I see celebrity-kind-of-famous name on the fragrance bottle, I can't control my aversion, sometimes even repulsion. Probably because I feel, that PR agency behind such a scent expects people to run to the nearest perfumery and buy all stock. And maybe because I don't expect anything nice enough from such a composition. Maybe I assume that it is not worth of my time and my nose. So it is really difficult to convince me to sniff what is inside a bottle with a known name on it. But recently my desire to know what is out there waiting to be known won over my stubbornness. On my trip to Barneys I spritzed just a few drops of liquidy pleasure and were sniffing my wrist not only during my walk back home, but also for the rest of a day. But celebrities whose names are on the bottle aren't celebrities, and brand is not a ordinary one...


Byredo 1996 Inez & Vinoodh is a result of a collaboration between Ben Gorham from Byredo, and a very famous duo Inez van Lamsweerde and Vinoodh Matadin - fashion photographers. Inspiration for this composition was one of the photographs took by Inez in 1996, entitled: Kirsten 1996.


Opening is full of juniper berries which bring a little chill in the air. But few seconds later there is plenty of freshly peeled carrots - orange and juicy. You can almost hear how they crunch  between teeth and feel their texture on a tongue.  Accord is intense but not too strong or disturbing (although I must admit that one spritz is quite an amount).  

After a while instead of carrots more irisy and leathery kind of accord starts to show up. What I like is almost complete absence of powdery notes. I know that there is violet somewhere, but rather green than powdery.  Iris resembles soft suede at the beginning, few minutes later is more leathery, but though harder and stiffer still in beige color. Patchouli is soft, not too dark, not too earthy, its scent is wonderful, warm and cozy. Amber is roundy and plushy, aroma of labdanum and benzoin with few drops of vanilla is quite distinctive, especially after a while, when vanilla starts to be more and more prominent, warm and nice.

I am not really a fan of iris, usually it makes me flinch and my stomach starts to clench, but this composition is so nice, that i - surprisingly - enjoy it. It is not too complicated, too tricky, but so easy to love. (Side note: I really try to get used to iris and rose and some others notes I am not crazy about.)

I think I'll change my mind and try perfumes signed by well known names more often. I have nothing to lose... and maybe a lot to gain.


Year: 2013 
Nose: ?
Notes: 
Top notes: juniper berries, black pepper
Middle notes: violet, leather accord, orris
Base notes: patchouli, black amber, vanilla


Ryc. 1, 2, 5. Inez i Vinoodh.
Ryc. 3 i 6. Zdjęcie, które stało się inspiracją.

2013/12/02

Piwnica i łąka / A cellar and a meadow

English version below

Nigdy nie zapomnę pierwszych testów Fumidusa Profumum Roma. To była prawdziwa walka gigantów. Ta kompozycja prawie mnie zabiła. No może nie tyle kompozycja, co wywołana przez nią migrena. Kilka pierwszych minut zadecydowało o moim "wspaniałym" samopoczuciu. Zaczęło się delikatnym bólem głowy, potem czułam, jakby ktoś zgniatał moje gałki oczne, a wszystko zakończyło się światłowstrętem. Oczywiście, niczego mnie to nie nauczyło i od tamtej pory jeszcze kilka razy próbowałam oswoić te perfumy. W pewnym momencie byłam w stanie przetrwać z nimi na mojej skórze nawet godzinę, a zaznaczam, że nie ewoluowały nawet odrobinę. Za każdym razem początek był ostry, ciężki i zapach takim już pozostawał. Ale w końcu coś się zmieniło. Kilka tygodni temu ponownie przetestowałam Fumidusa. I tym razem wielce mnie zaskoczył.

Otwarcie jest mroczne, brudne, dziwne. Brzoza, ziemia, kurz i całe mnóstwo starej, bardzo dobrej whiskey (dojrzewającej w dębowych beczkach), którą ktoś wylał na klepisko w piwnicy. Whiskey paruje, a opary mieszają się z kurzem i ciężkim, zatęchłym powietrzem. Można się upić, oddychając. W piwnicy nie ma okna. Zapach przegniłych półek z nieheblowanego drewna jest dość mocny, ale - o dziwo - w powietrzu nie ma wilgoci. W jednym z kątów leży rzucony przez kogoś przetarty worek jutowy, w którym kiedyś trzymano ziemniaki.


Po godzinie kompozycja zaczyna się powoli zmieniać. Kurz i ziemia są coraz mniej wyczuwalne, whiskey odparowuje prawie całkowicie, zastałe powietrze rozrzedza się z każdą sekundą coraz bardziej. Zza tych ciemniejszych, brudniejszych nut zaczyna wychylać się coś zieleńszego. Początkowo zaledwie młode pędy. Potrzebna jest kolejna godzina, żeby zapach kompletnie się zmienił. Po tym czasie jest tylko wetyweria - zielona, soczysta, świeża. Ma się wrażenie, jakby siedziało się na środku wetyweriowej łąki. Można przesuwać między palcami źdźbła trawy, miażdżyć w dłoniach i czuć jak skórę pokrywa zielony sok. I tak można się rozkoszować tą łąką dopóki Fumidus nie zniknie ze skóry.


Właśnie sobie coś uświadomiłam. Chyba nie jestem największą wetyweriową fanką. Generalnie lubię zapach tej trawy, ale na mojej skórze wydaje mi się zawsze zbyt łagodny, zbyt zielony, niezmienny. Uwielbiam niektóre wetyweriowe kompozycje, jednak nie na tyle, by rozważać zakup pełnowymiarowych flakonów. 


Rok: ?
Nos: rodzina Durante
Nuty zapachowe: wetyweria, brzoza, whiskey


I remember my first encounter with Fumidus Profumum Roma. It was a real battle. This composition almost killed me. To be precise it triggered my migraine. Few first minutes were crucial for my well being. It started with a mild headache, than it was squeezing my eyeballs, and finished me with photophobia. I didn't learn my lesson then, because I tried those perfumes few times since that not so pleasant moment. At some point I was able to stand Fumidus for a full hour on my skin, but it didn't evolve a bit. Every time I tested this composition, it was harsh at the beginning and stayed that way. Finally something changed. Few weeks ago I tried Fumidus again. And it really surprised me.

Opening is dark, dirty, strange. Birch, soil, dust and a lot of old, really good whiskey (maturated in old oak casks) spilled by someone on the cellar's floor. Whiskey evaporates and fumes mix with dust and old, musty, heavy air. Just simple breath can make one's boozed. There is no widow in this cellar. Smell of rotten shelves made of unplaned wood is quite prominent, but what is strange there is no dampness in the air. In one of the dark corners someone threw worn-out woven hemp bag used to carry potatoes. 


After one hour composition evolves a little - there is less dust and soil, whiskey evaporates almost completely, stale air blurs more and more each second. From behind those darker, dirtier notes something greener starts to show up. Firstly only some small shoots. I takes almost another hour to change fragrance entirely. After that it is all about vetiver: green, juicy, fresh, like you were sitting in the middle of vetiver meadow. You can play with blades, crushing them in hands and almost feel juice running down your fingers. And you experience this meadow until Fumidus disappears from your skin entirely. 


And I realized something. I suspect I am not really a true vetiver person. I like it in general, but it is not enough on my skin, it is too mild, too green, too linear. I love some of the vetiver scents, but I don't consider buying full bottles. 

Year: ?
Nose: Durante's family
Notes: vetiver, birch, whiskey 

2013/11/27

Aedes de Venustas

English version below

Ostatnio znowu byłam bardzo zajęta (goście, goście, wielu, wielu gości). Testowałam, robiłam nawet notatki, ale nie mogłam znaleźć czasu na to, żeby po prostu usiąść przed komputerem i coś naskrobać. Za każdym razem, kiedy tak się dzieje, czuję tę wewnętrzną potrzebę, żeby pisać, robię się nerwowa i najchętniej rzuciłabym wszystko inne w kąt, żeby tylko spokojnie usiąść i zająć się tym, co najbardziej lubię. Ale jest jedno "ale". Za każdym razem, kiedy mam kilka dni przerwy w pisaniu, czuję się jak sparaliżowana, kiedy tylko zasiądę do klawiatury. Chcę pisać, ale nie mogę. Doświadczam tego właśnie w tym momencie. Każde słowo to bój. Ale walczę dzielnie, żebyście mogli przeczytać ten wpis. Jeszcze dziś.

Aedes de Venustas, fantastyczny niszowy butik mieszczący się w Nowym Jorku, a otwarty w 1995 roku nie tylko ma swoją linie perfum (recenzje wkrótce), ma również zapach jemu dedykowany, a stworzony przez samego Bertranda Duchaufoura dla marki L'Artisan Parfumeur. Zanim tę kompozycję przetestowałam, wyobrażałam sobie, że jest gęsta i bogata, niemal delikatnie barokowa... jak i wnętrze butiku pod numerem 9 na Christopher Street.


Aedes de Venustas L'Artisan Parfumeur otwiera się pomarańczą i olibanum. Olibanum jest cytrusowe, żywiczne i odrobinę słodkie, pomarańcza jest soczysta i słodka. Po chwili jestem w stanie wyczuć lekko kwiatowy różowy pieprz i ostry pieprz czarny. Według mojego drogiego nosa otwarcie jest podobne do Jubilation XXV Amouage (w pewnym momencie testowałam te dwa zapachy symultanicznie na obu ramionach. Nie powiem, żeby zapachy były identyczne, niemniej podobieństwo jest zauważalne). Nie sądzę, żeby to było dziwne, w końcu obie kompozycje stworzył Bertrand Duchaufour.

Przez dłuższy czas nic nowego się nie dzieje, ale w końcu do moich nozdrzy dobiegają delikatne aromaty irysa i cedru. Pomarańcza powoli się kurczy, ale kadzidło (na tym etapie bardziej dymne) i czarny pieprz pozostają nadal głównymi bohaterami tej opowieści. Wiem, że to zapewne wina mojego nosa i mojej skory, ale przez moment kadzidło staje się miętowe, przeczyszcza moje drogi oddechowe powiewem świeżości, po czym znika. Natomiast czarny pieprz wydaje się mocarniejszy. Lubię tę chwilę, kiedy zaczynam wyczuwać słodko-balsamiczny, niemal miodowy opoponaks i kilka kropli benzoesu wymieszanych z kadzidłem, pieprzem i paczulą (nie za mocną, ale mimo to nadal cudownie ziemistą, pylistą, zakurzoną, suchą) na miękkim, przytulnym piżmowym posłaniu. I tylko żałuję, że nie wyczuwam skóry, kawy i drew wszelakich (poza cedrem).

Czy miałabym ochotę na zakup pełnego flakonu Aedes de Venustas?  Zdecydowanie nie. Choć to bardzo przyjemny zapach, szczerze powiedziawszy dobry, zbyt podobny jednak do bogatszego i gęstszego wprawdzie Jubilation XXV, którego pełny flakon jakiś czas temu zagościł na mojej półce.


Rok: 2008
Nos: Bertrand Duchaufour
Nuty zapachowe:
Nuty głowy: pomarańcza, różowy pieprz
Nuty serca: kadzidło, czarny pieprz, irys, róża, piżmo, kocanka ogrodowa
Nuty bazy: opoponaks, skóra, benzoes, kawa, paczula, nuty drzewne



Recently I was (again) really busy (guests, guests, many, many guests). I was testing, making some notes, but I couldn't find time to sit and write. Every time something like that happens I feel this urge to write, I am nervous, I would like to stop everything I am doing at this particular moment to finally sit and do what I like the most. But there is one "but". Every time I have few days brake, I feel paralyzed in front of keyboard when I finally manage to find a time. I want to write but I can't. This is what's happening right now. Every word is a struggle. But I'm fighting with it, so you can read this note. Today. 

Aedes de Venustas, fantastic niche boutique located in NYC and founded in 1995, not only has its own perfumes line, but also one scent dedicated to it, composed by Bertrand Duchaufour for L'Artisan Parfumeur. Before I sniffed this composition for a very first time I imagined that  it should be thick and rich, almost baroque-like... as the inside of a boutique on 9 Christopher Street. 


Aedes de Venustas L'Artisan Parfumeur opens with orange and olibanum. Olibanum is citrusy, resinous and a little sweet. Orange is juicy and sweet. After a while I can detect just a bit flowery note of pink pepper, and spicy black pepper. To my nose opening stage is similar to Amouage Jubilation XXV (at some point I even tested those two fragrances simultaneously. Not that both are identical, but similarities are quite detectable). I don't think it is too strange, because Bertrand Duchaufour composed both scents. 

For a longer time nothing new happens, but then I can smell iris and cedar. Orange starts to be less prominent, but olibanum (now a little more smokier) and black pepper are still main characters of this story. I know that is probably my skin and nose's fault, but for a few moments incense is minty, cleans my nose with this fresh whiff, and then disappears. And pepper is stronger and stronger. I really like this moment when I can detect  opoponax - sweet, balsamic, honey-like, and a few drops of benzoin mixed with incense, pepper and patchouli (not too intense, but still beautifully earthy, dusty and dry) on a soft and cozy bed made of musk. My only regret is I can't detect leather, coffee and woodsy notes (besides cedar). 

Would I like to have a bottle of Aedes de Venustas? No, definitely no. It is nice scent, really good to be honest, but still too similar to richer and thicker Jubilation XXV, and I already have a full bottle of latter.  


Year: 2008
Nose: Bertrand Duchaufour
Notes:
Top notes: orange, pink pepper
Middle notes: incense, black pepper, iris, rose, musk, strawflower
Base notes: opoponax, leather, benzoin, coffee, patchouli, wood

Ryc. 2 i 3. zdjęcie ze strony butiku, Facebook

2013/11/17

Kilka słów (II) / A few words (II)

English version below

Postanowiłam kontynuować (przynajmniej od czasu do czasu) "Kilka słów" o tych perfumach, których pełnowymiarowej recenzji z różnych powodów pewnie nie napiszę.

Nie ma mowy, żeby Neroli Portofino od Toma Forda uwiodło mój nos. Czemu? Bo dla mnie ten zapach jest po prostu mało przyjemny. Ostre, cytrusowo-plastikowe nuty otwarcia wwiercają się w mój mózg, wiercą gdzieś za okiem wiertarką udarową wyposażoną w przytępione wiertło i z uśmiechem na niewidocznych ustach rozkoszują się moim cierpieniem. Ale ponieważ postanowiłam sobie, że wytrwam, że dam rade, pozwalam się maltretować. Po godzinie pojawia się nuta lawendy, która zbyt mocno przypomina swoim aromatem środki czystości. Co w sumie dziwić nie powinno, bo w taki sam sposób zachowują się pozostałe nuty tej kompozycji. Żadnej ambry nie uświadcza się. Jest męcząco i nudno.


Rok: 2011
Nos: Rodrigo Flores-Roux
Nuty zapachowe: bergamotka, mandarynka, kwiat afrykańskiej pomarańczy, ambra

Z wielką nadzieją testowałam Patchouli Comme des Garcons z linii Luxe, bo paczulę wielbię i wiecznie mi jej mało (jak i agaru). Muszę jednak pamiętać, żeby częściej powtarzać sobie fragment sentencji, widniejącej na bramie do piekła z "Boskiej komedii" Dantego, żeby się hamować ("Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją"). Otwarcie kompozycji jest bardzo mocne, dosadne, ostre - to jedna z najbardziej paczulastych paczuli, jakie dane mi było doświadczyć. Paczula przybrana jest w mocny dąb. Już chwilę później daje się wyczuć lubczyk - pamiętam, jak, będąc dzieckiem, rozcierałam w palcach listki lubczyku, a na mojej skórze pozostawał bardzo wyraźny zapach przyprawy Maggi. Ta nutka Maggi nie znika do końca trwania zapachu. W pewnym momencie jest pięknie przystrojona słodkawą wanilią (odrobinę jak Patchouli 24 z Le Labo) i sandałowcem. Niestety, wygasanie zapachu jest na mnie brzydkie: sama słonawa, spocona Maggi.


Rok: 2007
Nos: Antoine Maisondieu
Nuty zapachowe: biały pieprz, kozieradka, lubczyk, ekstrakt dębu, opoponaks, paczula, cedr, wanilia, sandałowiec, wetyweria



I decided to continue with "A few words", short reviews of perfumes which full size reviews I'll probably never write for many different reasons.

There is no way that Neroli Portofino by Tom Ford can seduce me, seduce my nose. Why? Because this scent is very unpleasant. Sharp mix of citruses and plastic in opening drills deep hole in my brain, somewhere behind my eye, using blunt auger. With this hideous smile on its invisible lips it drinks in my suffering, feast on it. But I promised myself that I'd survive this torment to check what next, so I let it torture me. After an hour lavender shows up, but the connotations with cleaning products are too strong for my liking. It shouldn't surprise me - all notes behave exactly the same way as they were created for detergents. There is no amber on my skin at all. I am tired and bored.

Year: 2011
Nose: Rodrigo Flores-Roux
Notes: bergamot, mandarin orange, african orange flower, amber

I had high hopes when I first tested Comme des Garcons Luxe Patchouli, because I love patchouli and I want it more and more. But I really should remind myself more often what was written about hope on the gate of Hell in Dante's "Divine Comedy" to restrain myself ("Abandon all hope, ye who enter here"). Opening of this composition is strong, unceremonious, sharp - it's one of the most wonderful patchouli I encountered.  Patchouli  is accompanied by strong oak. Few seconds later I detect lovage - when I was a child sometimes I crushed lovage's leaves between my fingers and then mu skin smelled of Maggi seasoning sauce. And this Maggi note is present as long as scent lives on skin. At some point it's garnished with sweet vanilla (it reminds me of Le Labo Patchouli 24) and sandalwood. Unfortunately  drydown is all about sweaty, salty Maggi and nothing more.

Year: 2007
Nose: Antoine Maisondieu
Notes: white pepper, fenugreek, lovage, oak extract, opoponax, patchouli, cedar, vanilla, sandalwood, vetiver  

2013/11/16

Minimalizm / Minimalism

English version below

Ostatnio byłam upiornie zajęta. Na dodatek źle się czułam. Tak, wiem, mogło być gorzej. Mogło mnie dopaść przeziębienie, mogła zaatakować grypa. Cieknący nos, zajęte zatoki. Koszmar na jawie! Na szczęście zostało mi oszczędzone, przynajmniej jak na razie (choć już prawie stałam u brami piekła każdego perfumoholika, piekła zwanego katarem). Czyli cały czas mogłam wąchać, mogłam testować, ale nie miałam czasu, żeby pisać. 

Ostatecznie skończyłam to, co miało zostać zrobione. Zatem dziś - na rozgrzewkę - wybrałam  coś łatwego i prostego: łatwego do pokochania i do opisania, prostego, czyli minimalistycznego, co w moim małym prywatnym słowniku oznacza tylko same dobre rzeczy.

To minimalizm uwiódł mnie w Arso Profumum Roma (minimalizm mami mnie w każdej z kompozycji Profumum Roma). Kilka prostych nut tworzy nad wyraz piękną melodię. Otwarcie cudownie wybucha sosną, a żeby być dokładnym: sosnowa żywicą - lepką, gęstą, słodko-gorzką, wręcz promieniującą. Nuta jest tak realistyczna, że dosłownie czuję w dłoniach elastyczne gałązki i igły. Gnę je, rozcieram. Czuję lepki sok, który pokrywa moje palce. Zapach jest żywiczno-drzewny, zielony, chłodno-świeży, niemal kamforowy. Prosty i złożony jednocześnie.



Kompozycję wzbogacają kadzidło i słodycz różnych żywic. Kadzidło wodzi mnie za nos: raz jest dymne, ciemne, pali się powoli, a kilka sekund później przypomina raczej naszyjnik zrobiony z koralików z olibanum, które wyglądają jak półszlachetne kamienie.



Nazwa Arso (po włosku oznacza spalony) jest trochę zdradliwa. Mój nos nie wyczuwa żadnych spalonych nut (chyba że do nut spalonych zaliczymy wredne, pogrywające sobie ze mną kadzidło). Można by się spodziewać ostrego, gęstego zapachu dziegciu brzozowego, aromatu palonych szlachetnych drew, sporej ilości płonącego kadzidła, pewnych brudnych akordów, może najciemniejszej z ciemnych wetywerii, ognia. Niczego takiego nie wychwytuję. Nawet zapach skóry przypomina raczej aromat miękkiego zamszu niż twardej, niegarbowanej płachty. Arso jest słodko-gorzką muzyką drew, żywic, kadzidła i sosnowych igieł.



Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie narzekam. Kompozycja jest więcej niż wspaniała. To prawda, nie jest złowieszcza. Tak naprawdę wiele można by o niej powiedzieć, ale nie to, że jest złowroga i ponura. Jest przytulna, miła, pełna wspomnień z dzieciństwa i ciepła. Znacie to uczucie: kiedy obserwujecie przez okno, jak czapy śniegu pokrywają stare drzewa, jak płatki śniegu wirują, siedzicie w ciepłym pokoju przy kominku, słuchając jak wasz towarzysz czyta na głos stare bajki? To jest własnie Arso.



Rok: 2011
Nos: rodzina Durante
Nuty zapachowe: kadzidło, skóra, żywice, sosna, cedr


Recently I was busy, busy as hell. And I didn't feel well. What could be worse? Cold. Or even flu. Running nose, congested sinuses, just limbo. Luckily, I was spared, at least for now (although I was almost there, I almost saw those horrible gates of every perfumista's hell: rhinitis). I still could sniff and test, but I couldn't find time to write.

But finally I've finished what was waiting to be finished. So today - for a warm-up -  I picked something easy and simple: easy to love and write about, simple in this minimalistic kind of way, which in my dictionary is always a good thing.

Minimalism is what lured me to Arso Profumum Roma (it lures me to all Profumum Roma compositions). A few simple notes which create beautiful melody. It starts with gorgeous burst of pine, or even pine resin - sticky, thick, bitter-sweet, radiant. It is so realistic, that I can feel elastic twigs and needles in my hand. I play with them. I feel this gooey juice which flows and covers my fingers. Scent is resinous woody, green, crisp and a almost camphorous. Definitely simple and rich at the same time.



Composition is enriched with incense and resinous sweetness. Incense plays with me: one time it is smoky, dark and burned, few seconds later it reminds me of a resinous chaplet, you can almost see all round-shaped olibanum beads similar to semiprecious stones.



The name Arso (Italian for burned) is a little tricky. My nose doesn't detect any burned notes (unless you would count vicious incense which plays with me all the time). Some could expect harsh, thick birch tar note, precious burned woods, a lot of smoky incense, some dirty accords, maybe the darkest vetiver ever, fire. I detect none. Even leathery note is more like soft suede than thick, raw piece of leather. Arso is a bitter-sweet music of hard woods, resins, incense and pine needles.



But don't understand me wrong. I am not complaining. Composition is better than wonderful. It is not ominous, true. To be precise it is everything but ominous and grim. It is cozy, nice, full of nice memories from childhood, warm. You know the feeling, when you can see through  the window, how snow covers old trees, how snowflakes float in the cold air and you observe it all sitting in a warm room by the fireplace and your companion is reading aloud old fairy tales? This is Arso.

Year: 2011
Nose: Durante's family
Notes: incense, leather, resin, pine, cedar

Ryc. 1. http://community.poppyswap.com
Ryc. 2-3. http://commons.wikimedia.org
Ryc. 4. www.fragrantica.com
Ryc. 5. www.prweb.com
Ryc. 6. http://inhabitat.com
Ryc. 7. www.ehow.com

2013/11/08

Warto próbować

English version below

Dawno temu zrozumiałam już, że gdzieś tam w świecie są perfumy, które uwielbiają moją skórę, ale są też takie, które jej nienawidzą i z miną kierowcy malucha pokazują jej gest Kozakiewicza. Niektóre kompozycje nigdy nie będą właściwie współpracowały z chemią mojej skóry. Oczywiście, jestem świadoma tego, że to wcale nie musi być wina mojej skóry, a mojego słusznych rozmiarów nosa. Mój nos doskonały nie jest. Nigdy nie był (i nigdy nikogo nie przekonywałam, że jest inaczej). Na przykład: Jego Wysokość nos nie lubi róży (moja skóra przeciwnie, różę uwielbia, a nawet podkręca jej aromat, sprawiając, że staje się mocniejszy, bogatszy, bardziej zmysłowy... co przyprawia mój nos o jeszcze większe męki). Ale nigdy nie wiesz, co się stanie z Twoim nosem. Albo co już się stało.

Testowałam jedną z wielu moich próbek kilka razy. Zapach zawsze wydawał mi się dobry, poprawny, technicznie bez zarzutu, ale nic poza tym. Nie było dreszczy emocji, nie było przyspieszonego bicia serca, rozszerzonych źrenic. Nic z tych rzeczy. Aż do dziś...

Kilka kropli Incense Oud Kiliana z  Arabian Nights Collection wylądowało na mojej skórze i wreszcie zrozumiałam, o co z tym szaleństwem na punkcie tej kompozycji chodzi. Otwiera się ona wspaniałym lekarstwianym oudem, któremu towarzyszą ciemne kadzidło, lepkie i balsamiczne żywice, ciepłe, odrobinę dymne drewna, ostry, ciepły kardamon i bardzo przyjemny, nie za mocny powiew zaledwie różano-cytrynowego geranium i maleńkiej róży. Przed oczami staje mi stary aptekarz, który kropelka po kropelce przelewa cenne esencje w małe fiolki, tworząc tajemnicze panaceum na zła wszelakie. Mogłabym przysiąc, że do moich nozdrzy dobiega gorzkawo-kwaskowy zapach dębu (dokładnie takiego, jakiego pamiętam z Chene Serge'a Lutensa).


Po chwili cytrynowa nuta zostaje zastąpiona nutą skórki grejpfruta. Paczula jest ziemista, ciemna i pylista, labdanum, również ciemne (kiedy mocno wwąchuję się we własną skórę, zdecydowanie wyczuwam  to labdanum, które sprawia, że Incense Normy Kamali tak mocno zapada w pamięć), tworzy z oudem miły dla nosa skórzany akord. I choć w oficjalnych nutach nie został wymieniony, wyczuwam miękki, waniliowy benzoes.


Im dłużej zapach pozostaje na skórze, tym bardziej różany się staje. Ale nadal, bez wątpienia mi się podoba. Słodsza, czekoladowa paczula miesza się w cudowny sposób z różą, oudem i kadzidłem. Zapach jest upojny. Dzięki temu róża nie męczy mojego nosa, nie jest zbyt ostra, nieprzyjemna. Piżmo i sandałowiec sprawiają, że całość jest przytulna i miękka. 

Z wygasaniem zapachu róża wydaje się mocniejsza, a im cieplejsza skóra, tym bogatsza w zapach róża na niej wykwita. Nadal mogę cieszyć się ostatnią fazą kompozycji, choć nie tak mocno jak wcześniejszymi. 



Rok: 2011
Nos: Sidonie  Lancesseur
Nuty zapachowe:  geranium, kardamon, różowy pieprz , róża, paczula, cedr wirginijski, papirus, methyl pamplemusse, piżmo, labdanum, sandałowiec, mech dębowy, kadzidło, oud


Long time ago I finally realized that somewhere out there are perfumes that like my skin very much, and ones that hate it and prefer to stick their middle finger and point it at me. Some compositions never will work with my skin chemistry. I am aware that it may not be a problem of my skin, but my big nose. My nose is not perfect, never was (I've never tried to convince anyone otherwise). For example: His Highness nose doesn't like rose (my skin loves it and makes rose even stronger, more opulent, voluptuous... what makes my nose even more miserable). But you never know what happens to your nose. Or what already happened. 

I tested one of many of my samples few times. Every time scent was good, correct, proper, but nothing more. There was no thrill, no fast heartbeat, no dilated pupils. Nothing.  Until today...

I poured few drops of Arabian Nights Collection Incense Oud by Kilian and finally understood what all this rave was about. It opens with marvelous medicine kind of agarwood accompanied by dark incense, sticky and balsamic resins, warm, just a little smoky woods, spicy, warm cardamon and really pleasant, not too strong whiff of rosy, lemony geranium, and small rose. This reminds me of an old apothecary, who drop by drop pours some essences into small vials making secret panacea. I could swear that I smell bitterish, sourish oak (exactly the same oak nuances as in Chene  by Serge Lutens). 

After a while this lemony note changes into note of grapefruit peel. Patchouli  is earthy, dark and dusty, labdanum also dark (if I try hard, I can definitely smell the reminiscent of labdanum known from Incense by Norma Kamali) creates with agarwood nice leathery accord. And if I didn't know notes I would definitely say I smell soft, vanilla benzoin.

The longer scent stays on my skin the rosier it is. But still, I like it doubtlessly. Sweeter, more chocolate like patchouli blend with rose, oud and incense. At this point scent is intoxicating. Thanks to that rose doesn't offend my nose, isn't too harsh and unpleasant. Musk and sandalwood make this composition cozy and soft.

Closer to drydown rose is stronger, and the warmer skin is, the more opulent rose grows from it. I can still enjoy this part, even if not as much as previous stages. 


Year: 2011
Nose: Sidonie Lancesseur
Notes: geranium, cardamon, pink pepper, rose, patchouli, virginia cedar, papyrus, methyl pamplemousse, musk, labdanum, sandalwood, oakmoss, incense, agarwood

Ryc. 1. Autor: Sergei Sogokon http://photo.net
Ryc. 3 i 4. Zdjęcia promocyjne Perfum znalezione w sieci.

2013/11/05

Powrót do źródeł

English version below

Jak już zdążyliście się zorientować, czytając moją ostatnią notkę, odkryłam Amerykę, czyli dostrzegłam uroki pisania po angielsku (przynajmniej od czasu do czasu, o ile okoliczności przyrody na to pozwolą), a przy okazji pacnęłam się dłonią w czoło, że to takie "łatwe" i powinnam była wpaść na to dużo wcześniej. Czyli takich notek będzie więcej. 

Wiem, że są ważniejsze rzeczy na świecie, ale chciałam się czymś podzielić: chodzą za mną klasyki. Uff, wyrzuciłam to z siebie. Dziwnie to może zabrzmieć, szczególnie w uszach tych, dla których wszystko co nie jest nowością, "śmierdzi", za przeproszeniem, starą babą, ale cieszy mnie to, a na wąchanie kolejnych klasyków napalam się jak szczerbaty na suchary. Ostatnio za każdym razem, kiedy tylko nadarza się taka okazja, wącham Shalimary, Mitsouko, a nawet Habit Rouge... i mimo, że nie zawsze jest mi z nimi po drodze, nie sposób się nimi nie zachwycać. Jak ja bym chciała powąchać je zanim przeszły, przepraszam za przekleństwo, reformulację. 

Ale, porzućmy smutki! Dziś będzie o wspaniałej orientalno-przyprawowej kompozycji, która na rynek trafiła w 1953 roku... najpierw jako olejek do kąpieli, czyli  Youth-Dew od Estée Lauder, prosto z mojego własnego, zanabytego drogą kupna flakonu (nieważne, że ze zreformułowanym soczkiem, choć wierzę, że wersja vintage byłaby o niebo lepsza). 


Otwarcie skrzy aldehydami, słodkimi, soczystymi owocami, delikatnymi kwiatami (przede wszystkim ciemnoróżową różą o lekko woskowej barwie) i - co najważniejsze - różnymi przyprawami. Poza cynamonem i goździkami wyczuwam gałkę muszkatołową i szczyptę kardamonu. Przyprawy z odrobiną wanilii podkreślają delikatne jadalne niuanse kompozycji (na szczęście nie są na tyle jadalne, by od nadmiaru słodyczy zrobiło mi się niedobrze). Aldehydy i owoce znikają błyskawicznie. 

Niezwykłe jest to, że wszystkie kwiaty, mimo że niezbyt intensywne, są tak łatwe do wychwycenia: róża, jaśmin, ylang-ylang, orchidea (bardzo podobna do tej znanej z Black Orchid Toma Forda, oczywiście w dużo, dużo łagodniejszym wydaniu), a przede wszystkim najintensywniej z mojej skóry się unosząca konwalia. Niestety, jest zbyt mydlana, jak na mój gust, zatem nie powiem, żeby mi się to podobało. Ale to nie kwiaty stanowią prawdziwe serce zapachu, a przyprawy: cynamon i goździki  - gęste i gustowne - doprawione słodkawą wanilią. Mój ulubiony moment to ten, kiedy spod cynamonu, goździków i wanilii zaczynają wynurzać się wszystkie kadzidlano-balsamiczno-ambrowe nuty. I właśnie ten akord jest piękny. Ciemny i ciepły jednocześnie, przytulny i dojrzały. 

Im dłużej zapach na skórze, tym bardziej suchy się wydaje. W pewnym momencie zaczynam czuć suche, ogrzane promieniami słonecznymi kamienie. Kadzidło, pylista paczula, gorzkawy mech dębowy, słonawa wetyweria. Cudowny zapach! 


Rok: 1953
Nos: Josephine Catapano
Nuty zapachowe: 
Nuty głowy: aldehydy, pomarańcza, przyprawy, brzoskwinia, narcyz, lawenda 
Nuty serca: cynamon, liść czarnej porzeczki, orchidea, jaśmin, goździki (przyprawa), ylang-ylang, róża, konwalia, nuty przyprawowe 
Nuty bazy: balsam tolu, balsam peru, ambra, paczula, piżmo, wanilia, mech dębowy, wetyweria, kadzidło 


As you realized after my last post, I invented the wheel, meaning I realized that writing in English (at least from time to time) wasn't such a bad idea and I should do it much earlier. So be prepare. More to come. 

I know that more important things happen all over the world, but I have to share it: I crave for classics. I said it. Strange as it sounds (especially for those people who smell old lady in every not so popular right now fragrance) I am happy with this, "happier than a witch in a broom factory" (I'm sorry, I just had to use this slogan, there was no point in fighting with it, it's stacked in my head since I heard it in the TV ad for a first time). Recently every time I can, I sniff Shalimar, Mitsouko, Habit Rouge... and they are wonderful (even if some of them might not be my cup of tea). The only problem is I would really love to sniff  pre-reformulation versions.

But put a sad face aside. Because today I'll give you wonderful oriental spicy, first launched in 1953... as a bath oil, Youth-Dew by Estée Lauder straight from my own bottle (and I don't mind that it is reformulated juice, although vintage one would be more appreciated). 


Opening is a little sparkly with aldehydes, sweet and juicy fruits, soft flowers (especially dark pink rose, just a bit waxy) and - what is most important  - different spices. Beside cinnamon and clove I definitely trace nutmeg and a pinch of cardamon. Spices with a hint of vanilla create a little gourmandy nuances, not too much gourmandy, so I don't feel nauseous. Aldehydes and fruits disappear pretty quickly. 

It is amazing that all flowers, although not too overpowering, rather still soft, are so easy to detect: rose, jasmine, ylang-ylang, orchid (which is quite similar to one known from Tom Ford Black Orchid, but of course a lot, and I mean a lot, softer) and - on my skin - the strongest of all lily-of-the valley. By the way, lily-of-the-valley gives me this little soapy feeling, and to be honest, it is not my favorite moment. But flowers aren't meant to be center of the fragrance's heart. It is everything about cinnamon and cloves, which are rich, opulent and quite tasteful, with sweetish, soft vanilla facets. My favorite moment is when from under cinnamon, cloves and vanilla all the incense-y, balsamic and ambery notes start to show of. It is definitely a really great accord. Dark but warm at the same time, cozy, mature.

The longer composition sits on the skin, the drier it is. At some point it smells like a dry, warmed by the sun stones. Incense, dusty patchouli, bitterish oakmoss, salty vetiver. Simply gorgeous! 


Year: 1953
Nose: Josephine Catapano
Notes: 
Top notes: aldehydes, orange, spices, peach, bergamot, narcissus, lavender
Middle notes: cinnamon, cassia, orchid, jasmine, cloves, ylang-ylang, rose, lily-of-the-valley, spicy notes
Base notes: tolu balsam, peru balsam, amber, patchouli, musk, vanilla, oakmoss, vetiver, incense