Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

2011/04/12

Let the war begin

No dobrze, może nie będzie to nowojorski „njus” miesiąca, nie będzie to nawet nowojorski „ekskluziw”… no ale jak o tym nie napisać.
Wydarzenie owo miało bowiem przebieg ogólnoświatowy. Wiele miast państw wszelakich przeżyło podobne oblężenie… na większą lub mniejszą skalę. W Nowym Jorku to czyste szaleństwo miało miejsce na Union Square w pewne ciepłe, słoneczne, choć lekko wietrzne sobotnie popołudnie. Setki „zaciężnych”, gotowych na wszystko, z błyskiem woli walki w oku stawiło się na placu boju na długo przed godziną zero. Niektórzy okryli się kolorami maskującymi, inni opuścili przyłbice, gdzieniegdzie dało się zauważyć mącące w oczach połączenia kolorów typowe dla… piżam. Każda z tych gotowych do walki osób dzierżyła broń niebezpieczną, siejącą postrach, która choć wygląda niewinnie, uzależnia od siebie, a w niewłaściwych rękach zamienia się w narzędzie zniszczenia. Kiedy ostatecznie wybucha, odłamki lecą we wszystkie strony. Nie uniknęłam rykoszetu, choć byłam tylko niewinnym cywilem, a nie zaangażowanym w walkę mrocznym rycerzem. Wielu cywilów znalazło się w tej samej, co ja, sytuacji. Niby kryli twarze, chowali się za innych, ale odłamki były sprytniejsze. I na dodatek sprzyjała im pogoda – wiatr, który niósł je na wszystkie strony świata. Powiem tylko, że ofiary ścieliły się gęsto.
Wojna na poduszki to jedno z najzabawniejszych moich nowojorskich doświadczeń. Młodzi i starzy, dziewczyny i chłopcy, turyści i miejscowi, wszyscy stanęli ramię w ramię do równej walki, żeby okładać poduszkami tych, którzy znaleźli się w zasięgu machnięcia. Punktualnie o godzinie 15 zabrzmiały fanfary nawołujące do rozpoczęcia walki. I walka trwała i trwała, i trwała. Zmęczeni schodzili z pola walki, ustępowali miejsca kolejnym wojownikom, którzy pojawili się trochę i całkiem sporo później. To była naprawdę baaaaaardzo długa walka, wypełniona bojowymi okrzykami i gromkim śmiechem.
Reguły były jasne – np. przynieś swoja własną poduszkę, do walki przystępujemy po zdjęciu okularów, nie okładamy fotografujących, poduszki nie mogą być z wkładem z pierza (phi, kto by tego przestrzegał) itp. Oczywiście pierze było i to w ilościach sporych – falowało na wietrze i opadało na walczących oraz obserwujących niby pierwszy śnieg: miękki, delikatny i niosący nieograniczone pokłady frajdy.














2011/02/05

Baby, I’m from New York

28 stycznia stało się. Minął rok. Nie wiem, jakim sposobem 365 dni śmignęło mi niemal przed nosem, dlaczego tak szybko, za szybko. Bo to jest za szybko. Rok temu opuszczałam miejsce, które zwałam domem, i teoretycznie jechałam w nieznane. Nigdy wcześniej nie byłam w Stanach. Co za tym idzie, nigdy nie byłam w Nowym Jorku. Ale wiedziałam, że będzie dobrze. Bo po pierwsze, wszędzie mi dobrze, po drugie, zawsze chciałam mieszkać w Nowym Jorku. I wiecie co? Jestem święcie przekonana - po raz pierwszy w życiu naprawdę, bez wątpliwości - że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Mieliście tak kiedyś?
Jestem Krakowianką, która ze względów różnych po studiach wyjechała do Warszawy i tam została. Kraków zawsze będzie miał miejsce szczególne w moim sercu. Ale dopiero tu, w Wielkim Jabłku czuję się na sto procent u siebie. Wiem, że niczego nie muszę udawać, że mogę być całkowicie sobą. Wreszcie przynależę.
Jeszcze jakieś trzy do czterech lat przede mną. Tylko. Potem powrót do kraju, potem znowu gdzieś wyjadę. Na pewno o następnym miejscu też powiem, że mi w nim świetnie, że to mój dom, ale tylko o Nowym Jorku powiem, że jestem jego częścią albo on jest częścią mnie.
Tu jest wszystko! Wolność o jakiej nikomu nigdy się nie śniło, wielokulturowość, o jakiej tylko się słyszy, kuchnie i dania, jakie się tylko zamarzą. Ciuchy? Tylko wymień projektanta. Urządzasz mieszkanie? Starck i inni na wyciagnięcie ręki. Koncerty? A czego dziś chciałbyś/ chciałabyś posłuchać? Muzeum, sztuka? Możesz przebierać w propozycjach muzeów i galerii, jakby to były sklepy z pieczywem. Teatr? Jakiego wspaniałego, znanego aktora masz ochotę zobaczyć dziś na scenie? Kino? Tu masz wszystko. Perfumy? A czego chcesz dziś powąchać, w jakim butiku zamierzasz pobuszować? Życie nocne? Cały tydzień, dzień w dzień bez wyjątku. I mogłabym tak długo, dłużej. Metro zawiezie Cię wszędzie, a jak nie masz ochoty na podziemne jazdy, spaceruj. Godzinami. Nawet w sypiącym jak diabli śniegu. Nawet w deszczu… jak ja dziś. Zmokłam (nie miałam parasola, bo w sumie po co mi on), zmarzłam, zmęczyłam się… i uśmiecham się od ucha do ucha. A teraz z lampką wina w ręce i nadal w skowronkach piszę.
Ale to wszystko jest nieważne. Mało znaczy. Nie jest najważniejsze. Bo najważniejsze jest to: jestem tu po prostu szczęśliwa. Mimo kłopotów, niepowodzeń, smutków, mimo ciężkiej pracy, a nawet przepracowania, mimo niewielu wolnych chwil, a raczej totalnego braku czasu, mimo ostatnio permanentnego zmęczenia, jestem szczęśliwa.


2011/01/14

Żółty autobus

Dziś będzie tak sobie na temat. Ostatnio przeżywam bowiem więcej zawodów niż zachwytów – o czym niedługo, jak tylko zbiorę się w sobie, zakończę testy i zasiądę do pisania. Zawodów oczywiście miłosnych. Bo przecież poznawanie nowych zapachów to takie trochę zakochiwanie się, umacnianie w uczuciu lub gubienie różowych okularów. Ale żem jeszcze nie gotowa na dzielenie się gorzkimi doświadczeniami, to będzie zupełnie o czymś innym.

Niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie marzył o tym, żeby przejechać się żółtym, szkolnym autobusem – dokładnie takim, jakie pokazują na amerykańskich filmach. Na mnie nie liczcie, ręki nie podniosę, czytaj: zawsze marzyłam. Zieleniałam jako dziecię z zazdrości, kiedy na ekranie szkolny autobus podjeżdżał pod dom delikwenta i uprowadzał go do szkoły.


A kiedy dorosłam tamto małe marzenie nadal kołatało się gdzieś w podświadomości. I wiecie co? Marzenia się spełniają. Z tym, że los to przebiegła gadzina.
Moi znajomi mają dzieci. Ciężko pracują (znajomi, nie dzieci; od jakiegoś czasu przyłączyłam się do nich i pracujemy sobie wspólnie). Kiedy byłam jeszcze niebieskim ptakiem i samotnie przemierzałam ulice Manhattanu, bo reżim porannego wstawania do pracy mnie nie dotyczył (ach, gdzie ten błogi czas, no gdzie? Leżałam na kanapie i bosko pachniałam, już miałam związki zawodowe zakładać, tak się w tym leżeniu wyspecjalizowałam), zostałam poproszona o to, by pojechać na wycieczkę szkolną jako opiekunka. No dobrze, doświadczenie z dziećmi jako takie mam, bo w końcu powinnam była zostać nauczycielem (ale, jak łatwo się domyślić, wywinęłam się zgrabnie, do czego przekonały mnie praktyki w szkołach). Zatem ja, dumna i blada ciocia, zgodziłam się.
Zasady opieki nad dziećmi są ciut inne niż w Polsce. W Polsce poza nauczycielem powinien być przynajmniej jeden rodzic (lub inny nauczyciel). W Stanach jeden rodzić dostaje pod opiekę od czterech do pięciu małych istot, czyli – prosta matematyka – na jedną wycieczkę powinno się zgłosić około pięciu "chaperonów". Nauczyciel z wycieczką jedzie, ale podczas zwiedzania upłynnia się nie wiadomo gdzie, dziećmi zajmują się tylko rodzice.
Zasadniczo ta część nie jest ciekawa, przejdźmy do najważniejszego. Na wycieczkę pojechaliśmy… żółtymi, szkolnymi autobusami. Czułam się jak dziecko w sklepie z cukierkami! Żółty autobus! I jedno siedzenie dla mnie! Czy muszę dodawać, że bardzo mnie to ucieszyło?


Wybraliśmy się tym żółtym cudem na kółkach do Old Bethpage Village Restoration. Czyli do skansenu, w którym przedstawiono „scenki” z życia przeciętnego, dziewiętnastowiecznego zjadacza chleba, ale o tym kiedy indziej, jak będę miała wenę i nie będę ze zmęczenia padała na górne jedynki. Przejeżdżając przez zatłoczone ulice mojego miasta, musiałam bardzo ze sobą walczyć, żeby nie przykleić nosa do szyby i nie machać szaleńczo wszystkim tym, których z pieskiem opon mijaliśmy bez litości, zostawiając daleko w tyle.
Pan kierowca był bardzo wyrozumiały. Uśmiechał się od ucha do ucha, kiedy dzieciaki zaczęły swoje występy. Wyobraźcie sobie teraz… „We Will Rock You” w wykonaniu małych gardełek, nóżek i rączek (no tak, małych, w sensie nie najmniejszych bo około dziesięcioletnich w ilości jakiś dziesięć do piętnaście sztuk). A brzmieli lepiej niż oryginał (wyjątkowo mi uwierzcie, to najprawdziwsza prawda). Słuchałam z otwartą buzią!
Inna rzecz, że siedzenie w takim śpiewającym tłumku, w falującym na zakrętach i podskakującym na wybojach oraz dziurach autobusie (nawet zółtym!) może się skończyć migreną diabelną. Oczywiście pod warunkiem, że jest się królową brytyjską. Ja nie jestem, zatem po prostu łeb mi napierdzielał… ale warto było. Bo przecież jechałam żółtym autobusem! Jak to pięknie, że marzenia jednak się spełniają.

ryc. 1. i 2. http://brooklynlens.com

2010/12/21

Strawberry Fields Forever

8 grudnia 1980 roku Marc David Chapman wystrzelił 5 razy. 4 razy celnie. Zabił swojego idola, Johna Lennona.
8 grudnia w Central Parku od lat wygląda tak samo. Na Strawberry Fields przy rozecie z napisem Imagine zbierają się tłumu. Przychodzą z zapalonymi świeczkami, młodzi, starzy, bogaci, biedni, mieszkańcy Nowego Jorku, turyści. W tłumie słychać rozmowy w niemal wszystkich językach świata. Słychać je, jeżeli przebiją się ponad śpiew setek, a może i tysięcy gardeł. Nie tylko największe przeboje Beatelsów, ale również utwory mniej znane przeciętnym słuchaczom rozbrzmiewają tego dnia, tego wieczoru, tej nocy. Cały dzień tłumy odwiedzają to miejsce, by oddać hołd, by wraz z innymi pokazać, że pamiętają.


Ten dzień planowaliśmy od chwili naszego przyjazdu do Nowego Jorku. Niestety, jak to często z planami bywa, szlag je trafia. Tak też było w naszym przypadku, bo tego roku 8 grudnia przypadał w środę, bo od jakiegoś czasu pracuję, bo akurat w środę muszę siedzieć w biurze od 11 do 19. Zatem nici z niemal całodniowego wspominania Lennona. A to przecież okrągła, trzydziesta rocznica.


Do Central Parku dotarliśmy dopiero po godzinie 21. Nie zmienia to faktu, że tłum okazał się ogromny, śpiew słychać było już z kilkudziesięciu metrów.


Fotoreporterzy, telewizje, błysk fleszów aparatów fanów i turystów. Zapalone świece. Bukiety lub pojedyncze kwiaty w rękach, zdjęcia… niektórzy przytargali ze sobą gitary, by przyłączyć się do grupy stojącej niemal w centrum rozety Imagine i grającej znane wszystkim utwory. Bo tak, cały wic polega na tym, że w Central Parku gromadzą się również grupy muzyków (ba, nawet kilka grup na raz), prezentujących ochoczo, a czasem na wyraźne żądanie tłumu, konkretne piosenki Beatelsów (ba, każda grupa co innego, oczywiście w tym samym momencie), co daje niesamowity efekt.


Wszyscy zgromadzeni śpiewają. Wszyscy! I nikomu nie przeszkadza dysonans, że z jednej strony jeden utwór, z innej strony kolejny. Po prostu śpiewają, klaszczą, niekiedy podrygują lub chociaż kołyszą się w rytm muzyki. Ludzie stoją ciasno w kręgu, nie straszny im mróz, wspinają się na ławki i nad głowami falującego tłumu starają się wypatrzeć muzyków. Robią zdjęcia, przynoszą dyktafony i nagrywają dokonania tego niesamowitego morza głów.


A śpiew jest piękny. Nikt nie fałszuje (uwierzcie mi, mam bardzo wrażliwe uszy i potrafię być mocno krytyczna, ale ten chór brzmiał, jakby całe lata ćwiczył). Doskonałe połączenie głosów, tonów i brzmień. Nigdzie fałszywej nuty. A wszystko wyśpiewane z ogromną radością, bo przecież jakie są teksty piosenek, każdy wie. Optymistyczne, mówiące o miłości i pokoju.
Wiecie, to było coś, na co długo czekaliśmy. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Niby wszyscy byli przypadkowi, ale nic przypadkowi nie zostało pozostawione. To brzmiał jeden głos, oddający hołd wielkiemu muzykowi.


2010/11/23

Wschody i zachody słońca nad Manhattanem

Nie wiem, czy to miejsce, w którym przyszło mi żyć, czy wiek, który jeszcze o sobie nie przypomina, ale w końcu kiedyś zacznie… chyba robię się coraz bardziej romantyczna. Nie wiem, czy powinnam zacząć się martwić, czy samo przejdzie. Jak już kiedyś wspominałam, jedyny romantyzm, jaki znałam do tej pory, to był ten, który w wilgotne dni łapał mnie w kolanie. A teraz? Teraz mogę godzinami wyglądać przez okno, najlepiej z kubkiem kawy w ręce, albo włóczyć się ulicami, w poszukiwaniu nowych zakamarków, gry światła.
W życiu kilka rzeczy mi się udało, przyznaje. Jedną z nich jest znalezienie najlepszego z mężów (no musze to napisać, bo się przecież obrazi, bestia jedna), drugą – mieszkania z widokiem. Przed moimi oczami ściele się Midtown, niemal niczym nie osłonięte, podziwiam je w całej krasie, codziennie obserwuję zmianę świateł na Empire State Building, patrzę też na motorówki i statki sunące East River, na budynki panoszące się na Brooklynie.
Mój kot również to uwielbia. Zdarza mu się całe dnie spędzać na parapecie – albo śpi, wylegując się w słońcu, albo patrzy w dal i podziwia widoki… no dobrze, czasem, jak jakiś gołąbek przeleci, najważniejsze staje się polowanie. Skacze, skrada się, wyczekuje, podchodzi ofiarę, która z futrzaka za oknem niewiele sobie robi.
Możecie się ze mnie śmiać. Uzależniłam się od patrzenia. Uzależniłam się do tego stopnia, że na dodatek niemal codziennie robię zdjęcia nieba nad Manhattanem. Jest ono tak fascynujące, że nawet obawa przed spóźnieniem się do pracy, nie może mnie powstrzymać od pstrykania. A że wstaję wcześnie rano (zdarza mi się, że nawet o mocno nieprzyzwoitej godzinie, tylko i wyłącznie po to, żeby o szóstej rano skoczyć na basen, kiedy jeszcze pełna noc króluje nad miastem, wrócić, wysuszyć włosy, przygotować się do pracy, którą zaczynam o ósmej, a w międzyczasie z kubkiem parującej pobudki obserwować budzący się dzień – pierwsze promienie słońca na budynkach, ludzi, których powoli coraz więcej na ulicy, samochody, których potok wzbiera z każdą chwilą).




Nie wiem, pewnie to wina zanieczyszczeń, ale niebo nad tym miastem przybiera najbardziej niesamowite z kolorów. Czasem wygląda, jakby całe płonęło, czasem, jakby krwawiło rozszarpane drapaczami chmur, czasem jest jak ulepione z puszków waty, które w zabawie poszatkował kot. A puszki są nie tylko białe; czasem natura farbuje je na szaro, czasem na ciemnogranatowo. Rano lekko różowa poświata przychodzi znad Brooklynu i rozlewa się powoli nad cały Manhattan, budynki z szaroburych zmieniają się w różowopomarańczowe. Budzę wtedy męża i zachęcam go, żeby wstał i podziwiał ze mną… a on burczy, niemal straszy rozwodem i odwraca się na drugi bok. Co jest najbardziej zrozumiałe – na jego miejscu robiłabym dokładnie to samo.








A teraz wyobraźcie sobie mgłę – gęstą, mleczną, więżącą w sobie każdy obraz. I teraz wyobraźcie sobie jak ta mgła wieczorem powoli spływa z góry i kradnie z każdą chwila kolejny metr Empire State Building, wyobraźcie sobie, jak najpierw rozprasza światło do tego stopnia, że ma się wrażenie obcowania ze świętością, która przyprawia aureole nawet budynkom, a potem powoli pochłania obraz, aż w końcu nic nie widać. Empire znika. Znika też każdy inny wysoki budynek, a całe Midtown sprawia wrażenie wypełnionego zaledwie kilkupiętrowymi kamienicami. Jak wtedy ciężko przychodzi uzmysłowić sobie, że nadal mieszka się w wielkim mieście, nad którym królują ogromne drapacze chmur.



A kiedy w końcu czarna noc nastanie… Manhattan nigdy nie zasypia. Samochody pędzą ulicami, obcasy stukają na chodnikach, światła rozpalają Times Square, na którym bez względu na godzinę dnia czy nocy zawsze jest tłoczno, dinery otwarte są 24 godziny na dobę, Empire płonie światłami niemal przez całą noc, niektórzy ludzie palą światło w mieszkaniach… I ja, kiedy nie mogę spać, wstaję z łóżka, idę do salonu, siadam w fotelu z widokiem na Manhattan i patrzę, patrzę. Czarna noc otacza mnie niemal ze wszystkich stron, czarne niebo i ciemne wnętrze mieszkania. Czasem kot przybiegnie do mnie z tęsknym miauczeniem, bo zostawiłam go w łóżku, a przecież śpi przytulony tylko do mnie. I miauczeniem strofuje mnie, popędza do sypialni. A ja patrzę w ciemną noc, w światła Empire. W końcu kot mości się na moich kolanach, mruczy i układa się do snu. Po kilku chwilach biorę kota na ręce i wracamy do łóżka. Bez problemu usypiam.

2010/11/22

Zapach jesieni

Małe, króciutkie sprawozdanie z wizyty w perfumerii. Bo oczywiście zwiedzać trzeba, zwiedzać się chce. Pojechałam sobie jednego pięknego dnia na Brooklyn, skorzystałam z tego, że mój pracodawca obchodzi święto 11 listopada, czyli mam dzień wolny. Zostawiłam męża w domu, żeby samodzielnie poczekał na pana od Internetu, a ja zaopatrzona w aparat fotograficzny pognałam do metra.


Lubię Brooklyn, bo jest po prostu piękny, klimatyczny, ciekawy. Uliczki zapraszają do tego, żeby po nich dreptać, widok na Manhattan jest cudny, ludzie są interesujący. A jak jeszcze światło jest odpowiednie do robienia zdjęć, to najchętniej nie przestawałabym ich pstrykać. Czego chcieć więcej?


No w zasadzie niczego do szczęścia nie potrzebuję, bo jest mi dobrze, jak jest, ale spaceru do perfumerii i wąchania kolejnych, wcześniej nieznanych mi zapachów – tego odmówić sobie nie potrafię.


Podreptałam ja zatem do galerii CBIHP. Miejsce warte odwiedzenia, świetny wystrój wnętrza, na każdej półeczce kolejne zapachy, fajna, miła, kompetentna obsługa i zwalający z nóg przyjaciel – wielgachny pies. A dlaczego zwalający z nóg? Bo domagający się pieszczot. Jak już obwąchałam, co obwąchać miałam, zeszłam niemal do parteru, żeby zrobić kilka zdjęć no i przycwałował do mnie przyjaciel. Tak się o mnie ocierał, tak mnie trącał nosem, że kilka razy niemal wylądowałam na tyłku. Ale to takie przyjemne trącanie było.


Pobawiłam się z psiną, wyczochrałam go pod pyszczkiem i za uszami i nawet po tych wszystkich zabiegać ciężko mi było zrobić zdjęcie, bo usiadł obok, mocno się przytulił i łbem zasłaniał widok. Zatem zdjęcia pstrykane są głównie znad psiej głowy, jedną, trącaną niezmiennie w poszukiwaniu pieszczot ręką.




A zapachy? Powąchałam niemal wszystkie, ale wypróbowałam tylko dwa (bo dziwnym zrządzeniem losu mam tylko dwa nadgarstki. Co za stracony potencjał!). AmBrosius zwalił mnie z nóg – tym razem nie były to psie pieszczoty, tylko zbyt fizjologiczny rozwój aromatu na mojej skórze. Potem, jak wracałam metrem, miałam wrażenie, że ludzie się krzywo na mnie gapią, bo pachniałam, jakbym zapomniała o podstawowych zasadach higieny… dawno zapomniała. Zapewne na innej skórze, dogadującej się z ambrą, może dla kogoś, kto ambrę docenia, ten zapach rozkwitnie. Na mnie zdechł. Próbowałam też M3 November i tutaj już bardziej poczułam, że trafiłam. Choć nie jest to zapach, który zapragnęłam kupić, to jednak doceniam jego ciekawą urodę. Zapach jesieni, najprawdziwszej, chłodnej jesieni, wilgotnego mchu, lekko nadgniłych jabłek, jabłek obtłuczonych, jabłek, które opadły z gałęzi i teraz leżą między czerwonymi, złotymi i brązowymi liśćmi. Niestety, November jakiś słaby na mnie był – może dlatego, że tego dnia było zimno, ja byłam zmarznięta, skóra nie ogrzewała molekuł jak należy? Może on po prostu na mnie taki słabowity? Albo słabowity jest generalnie? Nie wiem, ale może przy kolejnej nadarzającej się okazji oddam mu ponownie jeden nadgarstek i znowu zastanowię się, jak go ugryźć (zapach, nie nadgarstek).

AmBrosius
Nos: Christopher Brosius
Nuty: labdanu, ambra, benzoin, pieprz, przyprawy

M3 November
Nos: Christopher Brosius
Nuty: ciasto dyniowe, opadłe jabłka, sucha trawa, dym, opadłe liście, mokre gałęzie, wilgotny mech, pieprznik jadalny i szczypta sosnowego lasu


2010/11/20

Jestem jak zawsze w niedoczasie

Jestem jak zawsze w niedoczasie. Wolne chwile uciekają mi niemal przez palce i, nie wiedzieć kiedy, pryskają jak bańki mydlane. No i jak ja mam pisać na bieżąco? Dziś notka, która powinna pojawić się 1 listopada, przynajmniej plan jej napisania pod taką datą widniał. Ale, co oczywiste, się nie ukazała. No to proszę o wybaczenie, biję się w pierś i nadrabiam, co nadrobić powinnam. Od razu dodaję – w swojej nieogarniętej fascynacji zjawiskiem, o którym poniżej, zrobiłam zdecydowanie za mało zdjęć, obrazujących tekst. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, nie sfotografowałam najciekawszych widoczków.

Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że będzie mi dane uczestniczyć w takim święcie w miejscu jak najbardziej dla niego właściwym. Co dziwne, „kapłanami” celebrującymi dzień w tym wypadku są dzieci… głównie. Chociaż dorośli też chętnie oddają się szaleństwom przebierańców i straszą niewinnych pod drzwiami ich mieszkań. Halloween.


Amerykanie obchodzą to święto z prawdziwą pompą. Niemal wszyscy dekorują swoje mieszkania, dynie – te małe, duże i ogromne – sprzedawane są prawie na każdym rogu. Potem takie piękne, soczyście pomarańczowe dynie można podziwiać, jak zdobią stoliki, stoły, parapety, schody, jak strzegą drzwi wejściowych, jak komponują się na trawnikach. Mary, potwory, kościotrupy i pajęczyny to nie jest wymysł Hollywoodzkich produkcji – widziałam na własne oczy!


Bez względu na to, czy mieszkasz w kamienicy, w domu, w wielkim bloku, możesz się „przystroić”. W holu mojego budynku również powstała Halloweenowa instalacja – dynie, mnóstwo dyń, piętrzących się na suchych trawach. Na jednym z tarasów sąsiedzi zamontowali całą masę lampek, rosnące w wielkich donicach iglaczki otulili pajęczynami, stoły i krzesła zawalone były pomarańczowymi dyniami, również wydrążonymi z ustawionymi w ich pustych wnętrzach świeczkami. Dzieci biegały między tak ustrojonymi meblami ogrodowymi w strojach zdecydowanie tematycznych, oplatając roślinki szczelniej sztucznymi pajęczynami. W sąsiednim bloku nad bramą wejściową zawieszono dmuchane kościotrupy groźnych piratów, którzy tym samym strzegli wejścia do budynku, jakby strzegli wejścia do groty ze zrabowanymi skarbami.


Kilka budynków dalej ktoś krzaczki przed wejściem do mieszkania przystroił girlandami sztucznych pajęczyn, między którymi pozawieszał małe dynie i tykwy w kształcie łabędzi. Gdzieniegdzie nad wejściami dyndali wisielcy, w oknach straszyły znowu pajęczyny. Cudo!
Witryny niektórych sklepów jak najbardziej nadążały za ogólnie panującą w mieście atmosferą. Zza wielkich szyb wyzierały na przechodniów wyłupiaste oczy mar, krwawe kikuty kiwały na nich groźnie… trup słał się gęsto. W moim spożywczaku dynie pilnowały wejścia i papierowego nagrobku, na którym pod znanym wszystkim skrótem R.I.P widniało doskonałe jego tłumaczenie: Rest In Pieces!
Bardzo podoba mi się tutejsza idea otwierania sklepów sezonowych. Już we wrześniu pojawiły się miejsca, gdzie można było kupić kostiumy, maski, gumowe kończyny zbroczone czerwoną farbką, przerażające krwawe gadżety, koszulki, peruki, tematyczne girlandy do ozdabiania drzwi wejściowych… i mogę tak długo. Teraz pewnie sklepy te przebranżowią się i to w nich będzie się można zaopatrzyć w bombki na choinkę, łańcuchy, a potem walentynkowe duperelki, w końcu może króliczki, kurczaczki i pisanki.
Jednak przyznaję się do drobnej tegorocznej porażki. Miała plan uczestniczyć w czymś ciekawym i… Zawaliłam sprawę. Stchórzyłam. Już wyjaśniam, co i jak.
W moim bloku organizowane były, po pierwsze, zabawa dla dzieciaków (maluchów nie mam, zabawą się nie zainteresowałam) i, po drugie, obchodzenie mieszkań (ale tylko tych, których lokatorzy dobrowolnie, bez przymusu, wpisali się na specjalną list) z tradycyjnym „straszakiem”, czyli „Trick or Treat?”. Bardzo chciałam się na tę listę zapisać, planowałam kupić morze cukierków i innych słodkości, dosłownie całe ich góry, no i strach mnie mały obleciał. Bo: ile tych dzieciaków będzie, czy odejdę w ogóle od drzwi przez kolejne kilka godzin, czy nie będę musiała mojego drogiego męża wysyłać do sklepu po kolejne dostawy elementów przekupnych dla straszydeł, czy… No i wolałam jednak w tym roku poobserwować całą akcję z boku. A rzeczywiście, była to Akcja przez duże „A”.


Przez kilka godzin dzieciaki w strojach tuptały po piętrach, okupowały windy i straszyły na korytarzach. W dużej części przypadków swoim uroczym, czasem zakrwawionym, czasem księżniczkowo „przeuroczym” pociechom towarzyszyli dumni z latorośli rodzice… również w tematycznych kostiumach. Tak że miałam przegląd dojrzałych czarownic, wróżących cyganek, pana wielkiego białego króliczka, wampirów, upiorów itp. Dzieciaki prezentowały całkowitą dowolność: księżniczki (ohyda, nie cierpię takich kostiumów), duchy, upiory, spidermany, zombie, mumie, małe puszczalskie (przepraszam, taki kostium również zaobserwowałam!), biedronki, grzeczne uczennice w mundurkach, kościotrupy, zwierzątka, postaci z „Gwiezdnych Wojen”… do wyboru, do koloru. Zatem przedział wiekowy straszydeł był następujący – najmłodsza mara miała zaledwie kilka miesięcy, najstarszej bliżej było do pięćdziesiątki.
Na tym świętowanie się nie kończy, w końcu nie samymi cukierkami dzieci żyją (a przynajmniej taką głupotę chcą im wmówić zazdrośni o ich szybką przemianę materii rodzice). W barach i restauracjach pojawia się Halloweenowe menu: ciasta z dyni, dynia smażona, dynia siekana, zupa dyniowa, dynia w dziesiątkach jeszcze innych odmian kulinarnych. W kawiarniach do kawy serwuje się dyniowe ciasto. W pubach serwują dyniowego ale'a. Dynia jest wszędzie, panoszy się w każdym zakamarku ludzkiego ciała: nie ważne, czy to mózg, czy żołądek…


I wiecie co? Tutaj podoba mi się to święto. Ludzie przygotowują się do niego już dwa miesiące wcześniej. Tu nic nie trąci sztucznością, zafałszowaniem. Tutaj wszystkie mary są u siebie, kościotrupy królują, bo są panami na dzielnicach, mali przebierańcy tuptają po ulicach, jakby wcale nie nosili kostiumów. I za rok kupię morze, ba, całe oceany cukierków i innych słodkości, i będę wystawała pod drzwiami kilka godzin, bo dzwonek do drzwi nie będzie milknął i będę wydawała ten ulepkowaty okup straszydłom i ich opiekunom… a może sama na tę okoliczność przywdzieję najstraszniejszy ze strasznych kostium i po prostu oddam się celebracji Halloween na całego.

2010/09/28

Harlem


Harlem to znajdująca się na północy Manhattanu dzielnica Nowego Jorku, która od lat dwudziestych XX w. jest zamieszkana głównie przez Afroamerykanów. Ta oryginalnie holenderska wioska została założona w 1658 r. (nazwano ją tak, jak wioskę Haarlem w Niderlandach). To tu właśnie zrodził się Harlem Renaissance.



Na samym początku, kiedy tylko przyjechałam do Nowego Jorku, słyszałam w koło: "nie wybieraj się aby na Harlem (a już na pewno odpuść sobie Bronx). Tam jest niebezpiecznie". Que? Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Co zatem najlepszego uczyniłam? Wybrałam się samotnie w te "zakazane" rejony. Zrobiłam sobie spacer po dolnej części Harlemu, która nazywana jest El Barrio lub Spanish Harlem i mieszkają w niej w dużej mierze Latynosi. To zdecydowanie inny kraj. Państwo w państwie. Szyldy sklepów w dwóch językach, czyli angielskim i hiszpańskim, a jeżeli w jednym języku... to po hiszpańsku. Na ulicy zdecydowanie dominuje hiszpański, angielski słyszałam sporadycznie. Nawet zabudowa jest zupełnie inna niż pozostałych części Manhattanu. Budynki, którym stylem architektonicznym bliżej do tradycyjnych polskich blokowisk niż do kamienic zdobiących kolejne dzielnice, panoszą się wszędzie, pnąc się w górę. Co o tyle dziwi, że El Barrio sąsiaduje z Upper East Side, czyli bardzo snobistyczną, drogą dzielnicą, po której przechadzają się panie w futrach wartych kilka wsi i wiosek, panowie wożą się najdroższymi samochodami, wysuwając zza nieskazitelnych mankietów ręcznie szytych koszul złote Rolexy, a drogie butiki najsławniejszych projektantów występują w zagęszczeniu o niebo większym niż w Polsce kolejne filie i oddziały banków... lub apteki. Harlem jest niebezpieczny, powiadają... Czytacie ten tekst, ja go napisałam, znaczy żyję i mam się dobrze. Tak?


Jednak Harlem to nie tylko El Barrio. To dużo więcej (w ogromnym uproszczeniu jeszcze West Harlem i Central Harlem). I na zobaczenie wszystkiego jedna wycieczka to zdecydowanie za mało. No to na jednej się nie skończyło.


W Harlemie zwraca uwagę niesamowita religijność mieszkańców, manifestowana niemal na każdym kroku. Nie przesadzę, jeżeli napiszę, że pod względem liczby świętych przybytków z Harlemem przegrywa nawet mój ukochany Kraków (na Harlemie jest ponad 400 kościołów! No dobra, Kraków przegrywa z kretesem.). Kościoły, kościółki, kaplice sąsiadują ze sobą, propagując szeroko pojętą tolerancję religijną (babtyści, mormoni i metodyści, Kościoły episkopalne i rzymskokatolickie, meczety i synagogi...). Mieszczą się wprawdzie często w bardzo niepozornych budynkach, małych, ciasnych, odrapanych, byłych sklepach, ciemnych piwnicach, ale przecież nie ocenia się książki po okładce, nie rozmiar się liczy... podobno. Każdy kościół ma swoich wiernych (nawet jeżeli nie zliczy się ich nawet trzydziestu). A jak nie ma kościoła, to zawsze jakiś krzyż się znajdzie. A jeżeli i to nie, to uliczny kaznodzieja wskaże właściwą drogę ku zbawieniu, ostrzeże, pouczy.









Harlem jest bardziej malowniczy, "kolorowy". Nudne fasady przestają być nudne. Witryny sklepów, wiadukty, ściany zawsze można ozdobić. Niektóre murale mają wydźwięk... hmm... specyficzny, choć raczej powinnam napisać: interesujący (bo nie mam odwagi napisać, że szerzą niemal socjalistyczną propagandę).






Na Harlemie nazwy ulic i alei znaczą. Znaczą wiele i podkreślają dumne korzenie mieszkańców, dowodzą ich walki z rasizmem, niesprawiedliwością, podziałami, nietolerancją, łamaniem praw człowieka...



Oczywiście, Harlem pachnie. Bo jaka dzielnica nie pachnie. Na jednej z ulic co chwilę mijaliśmy kolejne stragany, z których spoglądały na nas wyczekująco pękate butelki pełne olejków i "odpowiedników" perfum dobrze znanych koneserom tej olfaktorycznej przyjemności. Obok flach tliły się hinduskie kadzidełka (w ilości hurtowej, bo przecież jedno to dużo za mało, trzy nadal za biednie, pięć... no dobra, pięć kadzidełek może już da radę). Jakoś nie odważyłam się testować, a pewnie powinnam, dowiedziałabym się wtedy, jak pachnie "Obama", "Michelle Obama" lub "Tupac". Ech, ta moja dusza futrzastym tchórzem podszyta, bo zdecydowanie nie gronostajem. Jedna rzecz niespecjalnie mi się spodobała - jeden ze sprzedawców był wielce oburzony, że fotografujemy jego bogaty stragan i żądał od nas zapłaty za zdjęcie. Może gdybym była Helmutem Newtonem albo Mario Testino i fotografowała pantalony przekupnia, a nie jego stragan, byłabym skłonna co nieco zapłacić... pod warunkiem, że "Vogue" by mnie opublikował.
Bo na Harlemie mężczyźni, szczególnie starsi, wyglądają niekiedy zabójczo modnie - w stylu retro. Kapelusze do kolorowych garniturów, szelki... moda czasu prohibicji, moda lat czterdziestych... Cudo! A my nie zrobiliśmy zdjęć.







I na koniec mała zagadka, ciekawe, kto udzieli prawidłowej odpowiedzi. Czym pachniałam, spacerując ulicami Harlemu? :)