Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

2013/02/08

W poszukiwaniu inspiracji

Z pisaniem jest jak z rysowaniem – zamykasz oczy, wyobrażasz sobie obiekt, który chcesz oddać za pomocą kresek, plamek, rozcierania grafitu palcem; wyobrażasz sobie każdy kolejny ruch ręką, każde drgnienie nadgarstka, mocniejsze lub słabsze uchwycenie ołówka; wyobrażasz sobie kolejne etapy pracy, białe miejsca, które jako pierwsze wypełnisz szarym kolorem lub jako ostatnie, rozplanowanie obiektów, skalę, w końcu widzisz efekt, ostateczne dzieło, a potem próbujesz oddać to wszystko na papierze, krok po kroku. Czasem to, co sobie wyobrazisz, a to, co powstanie na papierze, nie ma ze sobą wiele wspólnego. 

Zawsze tak mam, kiedy próbuję szkicować, w głowie widzę spójną całość ze wszystkimi detalami, widzę coś, co mnie zadowala, co jest kształtne, proporcjonalne... ale spod mojej ręki wychodzą niemal dziecięce bohomazy, nieudane, niezadowalające próby oddania tego, co zrodziło się w umyśle. Brak mi porozumienia między głową a ręką, jakby te dwie części ciała zostały sklejone z całkowicie różnych osób. 

Kiedy piszę, wyobrażam sobie słowa, zdania, widzę postaci, miejsca, chwile, słyszę dialogi i dźwięki za wyimaginowanym oknem, tworzę prawdopodobne i nieprawdopodobne biografie, oglądam postaci, jakby stały przede mną, choć kleję je z nieistniejących atomów. To, co powstaje w głowie, wydaje mi się dobre, czasem niemal doskonałe, ale to na papierze... Niestety, jak z rysowaniem, zamiast pięknych konstrukcji, dostaję splątane z przypadkowych słów abstrakty, słowne bohomazy, karykatury istnień. Coś mi umyka. Nie pomaga również, że zadręczam się perfekcjonizmem i nigdy nie jestem zadowolona z efektu. Wymazywanie słów gumką tylko wszystko pogarsza, bo pigmentu nigdy nie udaje się całkowicie wywabić z bieli kartek, zatem pozostają cienie, smugi, powidoki. 

Na dodatek nie jestem systematyczna. Zazdroszczę tym, którzy byli lub są w stanie skłonić się do pisania, jakby pracowali w biurze i odbijali na zegarze kartę: od – do. Ośmiogodzinny dzień pracy. Kolejna kawa w ręce, najprawdopodobniej kolejny papieros, popielniczka wypełniona popiołem służąca jako przycisk do papieru; skrobanie ostrą stalówką lub zatemperowanym ołówkiem w pokrytą papierowymi porami tkankę kartki lub miarowe uderzenia opuszek palców, stwardniałych od powtarzalności czynności, w klawiaturę - kiedyś maszyny do pisania, teraz komputera; uruchamianie systemu drobnych dźwigni i cięgien układów mechanicznych i chrobot przesuwającej się powoli taśmy barwiącej czy też zwarcia lub rozwarcia w układzie elektronicznym; potok słów płynący niemal bez przerwy przez kilka kolejnych godzin, nawet jeżeli z drobnymi przerwami na zebranie myśli, na wyostrzenie opisywanego obrazu w głowie; potem czytanie, nanoszenie poprawek, korekta. Następnego dnia to samo. I kolejnego. 

Od kilku dni staram się. Powtarzam sobie: Napisz choć kilka słów, zdań, może dwa akapity, a potem jeszcze jeden. W głowie mam teksty, wiele tekstów. Teksty kłębią się, rodzą się kolejne, niekiedy mutują  Ale ręka czasem po prostu nie słucha. I cały czas systematyczności brak. 

Hemingway był systematyczny. 

W swoim domu na Key West (mieszkał tam w latach 1931-1939) miał przytulną pracownię. W powozowni, stojącej zaraz obok budynku głównego, na piętrze stworzył sobie miejsce, w którym powstały „Śniegi Kilimandżaro”  czy „Krótkie szczęśliwe życie Franciszka Macombera”. Miejsce magiczne, przesiąknięte ideami i obecnością wspaniałego pisarza. Wydaje się, że w takim miejscu nie można nie pisać, że inspiruje każde spojrzenie przez okno, każdy szmer i szelest liści, miarowe migotanie światła wieczorem na latarni morskiej zaraz po drugiej stronie ulicy, pianie niezliczonych kogutów żyjących na ulicach i w ogrodach Key West, być może kubańskie rytmy dobiegające z oddali. Wydaje się, że w takim miejscu ręka zawsze słucha, zawsze poddaje się woli głowy i temu, co w tej głowie się zrodziło, zmieniając się w precyzyjny instrument, doskonałe narzędzie. I nieważne, że prawdopodobnie żadna z wyeksponowanych w pracowni rzeczy, żaden mebel, nie należały pierwotnie do Hemingwaya, a zostały zebrane w tym miejscy długo po tym, jak jego już tam zabrakło. Naprawdę nieważne. Liczy się wyobraźnia. To, że z czystego powietrza formuje się przed moimi oczami pochylona nad klawiaturą maszyny do pisania postać, że słyszę kolejne, rytmiczne uderzenia palców w klawisze, jestem świadkiem wyimaginowanego procesu twórczego, ułudy wprawdzie, ale niemal namacalnej. Liczy się to, że być może wśród takich przedmiotów – zwykłych, najzwyklejszych, niczym się niewyróżniających - pisarz przelewał na papier swoje pomysły, rodzili się, kochali i umierali kolejni bohaterowie kolejnych jego opowieści, majaczyły zielone wzgórza Afryki, być może z oddali dobiegały pierwsze, głuche jeszcze dźwięki bijącego dzwonu... 


Mogę sobie wyobrazić też siebie, siedzącą w takiej pracowni przy solidnym, drewnianym biurku, siebie przy pracy, pochyloną nad mnogimi zapiskami, stukającą w klawiaturę starej maszyny, bez wahania skrobiącą coś wiecznym piórem w jednym z niezliczonych notatników w czarnej okładce, pijącą kolejną, wystygłą już pewnie kawę; lub też siebie zwiniętą wygodnie w miękkim fotelu, po prostu czytającą kolejną z wielu, tłoczących się na półkach książek, szukającą spokoju, szukającą natchnienia. 


2011/01/14

Żółty autobus

Dziś będzie tak sobie na temat. Ostatnio przeżywam bowiem więcej zawodów niż zachwytów – o czym niedługo, jak tylko zbiorę się w sobie, zakończę testy i zasiądę do pisania. Zawodów oczywiście miłosnych. Bo przecież poznawanie nowych zapachów to takie trochę zakochiwanie się, umacnianie w uczuciu lub gubienie różowych okularów. Ale żem jeszcze nie gotowa na dzielenie się gorzkimi doświadczeniami, to będzie zupełnie o czymś innym.

Niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie marzył o tym, żeby przejechać się żółtym, szkolnym autobusem – dokładnie takim, jakie pokazują na amerykańskich filmach. Na mnie nie liczcie, ręki nie podniosę, czytaj: zawsze marzyłam. Zieleniałam jako dziecię z zazdrości, kiedy na ekranie szkolny autobus podjeżdżał pod dom delikwenta i uprowadzał go do szkoły.


A kiedy dorosłam tamto małe marzenie nadal kołatało się gdzieś w podświadomości. I wiecie co? Marzenia się spełniają. Z tym, że los to przebiegła gadzina.
Moi znajomi mają dzieci. Ciężko pracują (znajomi, nie dzieci; od jakiegoś czasu przyłączyłam się do nich i pracujemy sobie wspólnie). Kiedy byłam jeszcze niebieskim ptakiem i samotnie przemierzałam ulice Manhattanu, bo reżim porannego wstawania do pracy mnie nie dotyczył (ach, gdzie ten błogi czas, no gdzie? Leżałam na kanapie i bosko pachniałam, już miałam związki zawodowe zakładać, tak się w tym leżeniu wyspecjalizowałam), zostałam poproszona o to, by pojechać na wycieczkę szkolną jako opiekunka. No dobrze, doświadczenie z dziećmi jako takie mam, bo w końcu powinnam była zostać nauczycielem (ale, jak łatwo się domyślić, wywinęłam się zgrabnie, do czego przekonały mnie praktyki w szkołach). Zatem ja, dumna i blada ciocia, zgodziłam się.
Zasady opieki nad dziećmi są ciut inne niż w Polsce. W Polsce poza nauczycielem powinien być przynajmniej jeden rodzic (lub inny nauczyciel). W Stanach jeden rodzić dostaje pod opiekę od czterech do pięciu małych istot, czyli – prosta matematyka – na jedną wycieczkę powinno się zgłosić około pięciu "chaperonów". Nauczyciel z wycieczką jedzie, ale podczas zwiedzania upłynnia się nie wiadomo gdzie, dziećmi zajmują się tylko rodzice.
Zasadniczo ta część nie jest ciekawa, przejdźmy do najważniejszego. Na wycieczkę pojechaliśmy… żółtymi, szkolnymi autobusami. Czułam się jak dziecko w sklepie z cukierkami! Żółty autobus! I jedno siedzenie dla mnie! Czy muszę dodawać, że bardzo mnie to ucieszyło?


Wybraliśmy się tym żółtym cudem na kółkach do Old Bethpage Village Restoration. Czyli do skansenu, w którym przedstawiono „scenki” z życia przeciętnego, dziewiętnastowiecznego zjadacza chleba, ale o tym kiedy indziej, jak będę miała wenę i nie będę ze zmęczenia padała na górne jedynki. Przejeżdżając przez zatłoczone ulice mojego miasta, musiałam bardzo ze sobą walczyć, żeby nie przykleić nosa do szyby i nie machać szaleńczo wszystkim tym, których z pieskiem opon mijaliśmy bez litości, zostawiając daleko w tyle.
Pan kierowca był bardzo wyrozumiały. Uśmiechał się od ucha do ucha, kiedy dzieciaki zaczęły swoje występy. Wyobraźcie sobie teraz… „We Will Rock You” w wykonaniu małych gardełek, nóżek i rączek (no tak, małych, w sensie nie najmniejszych bo około dziesięcioletnich w ilości jakiś dziesięć do piętnaście sztuk). A brzmieli lepiej niż oryginał (wyjątkowo mi uwierzcie, to najprawdziwsza prawda). Słuchałam z otwartą buzią!
Inna rzecz, że siedzenie w takim śpiewającym tłumku, w falującym na zakrętach i podskakującym na wybojach oraz dziurach autobusie (nawet zółtym!) może się skończyć migreną diabelną. Oczywiście pod warunkiem, że jest się królową brytyjską. Ja nie jestem, zatem po prostu łeb mi napierdzielał… ale warto było. Bo przecież jechałam żółtym autobusem! Jak to pięknie, że marzenia jednak się spełniają.

ryc. 1. i 2. http://brooklynlens.com

2010/11/23

Wschody i zachody słońca nad Manhattanem

Nie wiem, czy to miejsce, w którym przyszło mi żyć, czy wiek, który jeszcze o sobie nie przypomina, ale w końcu kiedyś zacznie… chyba robię się coraz bardziej romantyczna. Nie wiem, czy powinnam zacząć się martwić, czy samo przejdzie. Jak już kiedyś wspominałam, jedyny romantyzm, jaki znałam do tej pory, to był ten, który w wilgotne dni łapał mnie w kolanie. A teraz? Teraz mogę godzinami wyglądać przez okno, najlepiej z kubkiem kawy w ręce, albo włóczyć się ulicami, w poszukiwaniu nowych zakamarków, gry światła.
W życiu kilka rzeczy mi się udało, przyznaje. Jedną z nich jest znalezienie najlepszego z mężów (no musze to napisać, bo się przecież obrazi, bestia jedna), drugą – mieszkania z widokiem. Przed moimi oczami ściele się Midtown, niemal niczym nie osłonięte, podziwiam je w całej krasie, codziennie obserwuję zmianę świateł na Empire State Building, patrzę też na motorówki i statki sunące East River, na budynki panoszące się na Brooklynie.
Mój kot również to uwielbia. Zdarza mu się całe dnie spędzać na parapecie – albo śpi, wylegując się w słońcu, albo patrzy w dal i podziwia widoki… no dobrze, czasem, jak jakiś gołąbek przeleci, najważniejsze staje się polowanie. Skacze, skrada się, wyczekuje, podchodzi ofiarę, która z futrzaka za oknem niewiele sobie robi.
Możecie się ze mnie śmiać. Uzależniłam się od patrzenia. Uzależniłam się do tego stopnia, że na dodatek niemal codziennie robię zdjęcia nieba nad Manhattanem. Jest ono tak fascynujące, że nawet obawa przed spóźnieniem się do pracy, nie może mnie powstrzymać od pstrykania. A że wstaję wcześnie rano (zdarza mi się, że nawet o mocno nieprzyzwoitej godzinie, tylko i wyłącznie po to, żeby o szóstej rano skoczyć na basen, kiedy jeszcze pełna noc króluje nad miastem, wrócić, wysuszyć włosy, przygotować się do pracy, którą zaczynam o ósmej, a w międzyczasie z kubkiem parującej pobudki obserwować budzący się dzień – pierwsze promienie słońca na budynkach, ludzi, których powoli coraz więcej na ulicy, samochody, których potok wzbiera z każdą chwilą).




Nie wiem, pewnie to wina zanieczyszczeń, ale niebo nad tym miastem przybiera najbardziej niesamowite z kolorów. Czasem wygląda, jakby całe płonęło, czasem, jakby krwawiło rozszarpane drapaczami chmur, czasem jest jak ulepione z puszków waty, które w zabawie poszatkował kot. A puszki są nie tylko białe; czasem natura farbuje je na szaro, czasem na ciemnogranatowo. Rano lekko różowa poświata przychodzi znad Brooklynu i rozlewa się powoli nad cały Manhattan, budynki z szaroburych zmieniają się w różowopomarańczowe. Budzę wtedy męża i zachęcam go, żeby wstał i podziwiał ze mną… a on burczy, niemal straszy rozwodem i odwraca się na drugi bok. Co jest najbardziej zrozumiałe – na jego miejscu robiłabym dokładnie to samo.








A teraz wyobraźcie sobie mgłę – gęstą, mleczną, więżącą w sobie każdy obraz. I teraz wyobraźcie sobie jak ta mgła wieczorem powoli spływa z góry i kradnie z każdą chwila kolejny metr Empire State Building, wyobraźcie sobie, jak najpierw rozprasza światło do tego stopnia, że ma się wrażenie obcowania ze świętością, która przyprawia aureole nawet budynkom, a potem powoli pochłania obraz, aż w końcu nic nie widać. Empire znika. Znika też każdy inny wysoki budynek, a całe Midtown sprawia wrażenie wypełnionego zaledwie kilkupiętrowymi kamienicami. Jak wtedy ciężko przychodzi uzmysłowić sobie, że nadal mieszka się w wielkim mieście, nad którym królują ogromne drapacze chmur.



A kiedy w końcu czarna noc nastanie… Manhattan nigdy nie zasypia. Samochody pędzą ulicami, obcasy stukają na chodnikach, światła rozpalają Times Square, na którym bez względu na godzinę dnia czy nocy zawsze jest tłoczno, dinery otwarte są 24 godziny na dobę, Empire płonie światłami niemal przez całą noc, niektórzy ludzie palą światło w mieszkaniach… I ja, kiedy nie mogę spać, wstaję z łóżka, idę do salonu, siadam w fotelu z widokiem na Manhattan i patrzę, patrzę. Czarna noc otacza mnie niemal ze wszystkich stron, czarne niebo i ciemne wnętrze mieszkania. Czasem kot przybiegnie do mnie z tęsknym miauczeniem, bo zostawiłam go w łóżku, a przecież śpi przytulony tylko do mnie. I miauczeniem strofuje mnie, popędza do sypialni. A ja patrzę w ciemną noc, w światła Empire. W końcu kot mości się na moich kolanach, mruczy i układa się do snu. Po kilku chwilach biorę kota na ręce i wracamy do łóżka. Bez problemu usypiam.

2010/11/20

Jestem jak zawsze w niedoczasie

Jestem jak zawsze w niedoczasie. Wolne chwile uciekają mi niemal przez palce i, nie wiedzieć kiedy, pryskają jak bańki mydlane. No i jak ja mam pisać na bieżąco? Dziś notka, która powinna pojawić się 1 listopada, przynajmniej plan jej napisania pod taką datą widniał. Ale, co oczywiste, się nie ukazała. No to proszę o wybaczenie, biję się w pierś i nadrabiam, co nadrobić powinnam. Od razu dodaję – w swojej nieogarniętej fascynacji zjawiskiem, o którym poniżej, zrobiłam zdecydowanie za mało zdjęć, obrazujących tekst. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, nie sfotografowałam najciekawszych widoczków.

Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że będzie mi dane uczestniczyć w takim święcie w miejscu jak najbardziej dla niego właściwym. Co dziwne, „kapłanami” celebrującymi dzień w tym wypadku są dzieci… głównie. Chociaż dorośli też chętnie oddają się szaleństwom przebierańców i straszą niewinnych pod drzwiami ich mieszkań. Halloween.


Amerykanie obchodzą to święto z prawdziwą pompą. Niemal wszyscy dekorują swoje mieszkania, dynie – te małe, duże i ogromne – sprzedawane są prawie na każdym rogu. Potem takie piękne, soczyście pomarańczowe dynie można podziwiać, jak zdobią stoliki, stoły, parapety, schody, jak strzegą drzwi wejściowych, jak komponują się na trawnikach. Mary, potwory, kościotrupy i pajęczyny to nie jest wymysł Hollywoodzkich produkcji – widziałam na własne oczy!


Bez względu na to, czy mieszkasz w kamienicy, w domu, w wielkim bloku, możesz się „przystroić”. W holu mojego budynku również powstała Halloweenowa instalacja – dynie, mnóstwo dyń, piętrzących się na suchych trawach. Na jednym z tarasów sąsiedzi zamontowali całą masę lampek, rosnące w wielkich donicach iglaczki otulili pajęczynami, stoły i krzesła zawalone były pomarańczowymi dyniami, również wydrążonymi z ustawionymi w ich pustych wnętrzach świeczkami. Dzieci biegały między tak ustrojonymi meblami ogrodowymi w strojach zdecydowanie tematycznych, oplatając roślinki szczelniej sztucznymi pajęczynami. W sąsiednim bloku nad bramą wejściową zawieszono dmuchane kościotrupy groźnych piratów, którzy tym samym strzegli wejścia do budynku, jakby strzegli wejścia do groty ze zrabowanymi skarbami.


Kilka budynków dalej ktoś krzaczki przed wejściem do mieszkania przystroił girlandami sztucznych pajęczyn, między którymi pozawieszał małe dynie i tykwy w kształcie łabędzi. Gdzieniegdzie nad wejściami dyndali wisielcy, w oknach straszyły znowu pajęczyny. Cudo!
Witryny niektórych sklepów jak najbardziej nadążały za ogólnie panującą w mieście atmosferą. Zza wielkich szyb wyzierały na przechodniów wyłupiaste oczy mar, krwawe kikuty kiwały na nich groźnie… trup słał się gęsto. W moim spożywczaku dynie pilnowały wejścia i papierowego nagrobku, na którym pod znanym wszystkim skrótem R.I.P widniało doskonałe jego tłumaczenie: Rest In Pieces!
Bardzo podoba mi się tutejsza idea otwierania sklepów sezonowych. Już we wrześniu pojawiły się miejsca, gdzie można było kupić kostiumy, maski, gumowe kończyny zbroczone czerwoną farbką, przerażające krwawe gadżety, koszulki, peruki, tematyczne girlandy do ozdabiania drzwi wejściowych… i mogę tak długo. Teraz pewnie sklepy te przebranżowią się i to w nich będzie się można zaopatrzyć w bombki na choinkę, łańcuchy, a potem walentynkowe duperelki, w końcu może króliczki, kurczaczki i pisanki.
Jednak przyznaję się do drobnej tegorocznej porażki. Miała plan uczestniczyć w czymś ciekawym i… Zawaliłam sprawę. Stchórzyłam. Już wyjaśniam, co i jak.
W moim bloku organizowane były, po pierwsze, zabawa dla dzieciaków (maluchów nie mam, zabawą się nie zainteresowałam) i, po drugie, obchodzenie mieszkań (ale tylko tych, których lokatorzy dobrowolnie, bez przymusu, wpisali się na specjalną list) z tradycyjnym „straszakiem”, czyli „Trick or Treat?”. Bardzo chciałam się na tę listę zapisać, planowałam kupić morze cukierków i innych słodkości, dosłownie całe ich góry, no i strach mnie mały obleciał. Bo: ile tych dzieciaków będzie, czy odejdę w ogóle od drzwi przez kolejne kilka godzin, czy nie będę musiała mojego drogiego męża wysyłać do sklepu po kolejne dostawy elementów przekupnych dla straszydeł, czy… No i wolałam jednak w tym roku poobserwować całą akcję z boku. A rzeczywiście, była to Akcja przez duże „A”.


Przez kilka godzin dzieciaki w strojach tuptały po piętrach, okupowały windy i straszyły na korytarzach. W dużej części przypadków swoim uroczym, czasem zakrwawionym, czasem księżniczkowo „przeuroczym” pociechom towarzyszyli dumni z latorośli rodzice… również w tematycznych kostiumach. Tak że miałam przegląd dojrzałych czarownic, wróżących cyganek, pana wielkiego białego króliczka, wampirów, upiorów itp. Dzieciaki prezentowały całkowitą dowolność: księżniczki (ohyda, nie cierpię takich kostiumów), duchy, upiory, spidermany, zombie, mumie, małe puszczalskie (przepraszam, taki kostium również zaobserwowałam!), biedronki, grzeczne uczennice w mundurkach, kościotrupy, zwierzątka, postaci z „Gwiezdnych Wojen”… do wyboru, do koloru. Zatem przedział wiekowy straszydeł był następujący – najmłodsza mara miała zaledwie kilka miesięcy, najstarszej bliżej było do pięćdziesiątki.
Na tym świętowanie się nie kończy, w końcu nie samymi cukierkami dzieci żyją (a przynajmniej taką głupotę chcą im wmówić zazdrośni o ich szybką przemianę materii rodzice). W barach i restauracjach pojawia się Halloweenowe menu: ciasta z dyni, dynia smażona, dynia siekana, zupa dyniowa, dynia w dziesiątkach jeszcze innych odmian kulinarnych. W kawiarniach do kawy serwuje się dyniowe ciasto. W pubach serwują dyniowego ale'a. Dynia jest wszędzie, panoszy się w każdym zakamarku ludzkiego ciała: nie ważne, czy to mózg, czy żołądek…


I wiecie co? Tutaj podoba mi się to święto. Ludzie przygotowują się do niego już dwa miesiące wcześniej. Tu nic nie trąci sztucznością, zafałszowaniem. Tutaj wszystkie mary są u siebie, kościotrupy królują, bo są panami na dzielnicach, mali przebierańcy tuptają po ulicach, jakby wcale nie nosili kostiumów. I za rok kupię morze, ba, całe oceany cukierków i innych słodkości, i będę wystawała pod drzwiami kilka godzin, bo dzwonek do drzwi nie będzie milknął i będę wydawała ten ulepkowaty okup straszydłom i ich opiekunom… a może sama na tę okoliczność przywdzieję najstraszniejszy ze strasznych kostium i po prostu oddam się celebracji Halloween na całego.

2010/09/20

Williamsport, czyli prawdziwa Ameryka

Znacie ten teledysk do piosenki "Home" Sheryl Crow?

Za każdym razem, kiedy oglądałam kolejne sceny, marzyłam o tym, żeby zobaczyć właśnie taką Amerykę. Bez krawatów i markowych garniturów, bez szpilek od Blahnika, bez sukienek wprost z wybiegów i takich też kobiet, bez sportowych, malutkich samochodów, ale tę w caterpillarach, jeansach, zwykłych podkoszulkach, czapkach z daszkiem, pędzącą w ogromnych pick-upach. No i w końcu mi się udało.
W pewien piękny weekend wybraliśmy się na farmę naszego przyjaciela do Williamsport w Pensylwanii. John przygotował dla nas kilka atrakcji. Najpierw lody robione na miejscu w małej, miejscowej lodziarni. Uwielbiam sorbety, których tam nie mieli. Wzięłam zatem małą porcję (nie wiedziałam, że dla wtajemniczonych jest jeszcze mniejsza), czyli dwa smaki: masło fistaszkowe i orzechy włoskie z syropem klonowym. Nie mogę powiedzieć, że były to dwie gałki tudzież kulki, bo skłamię. To były dwie ogromne gały, dostałam chyba jakieś pół litra lodów. Co nie zmienia faktu, że były to lody przepyszne! A co! Jak szaleć, to szaleć... a następnie lub jeszcze w trakcie konsumpcji umierać z przejedzenia.
Potem pojechaliśmy na festyn (159th Sullivan County Fair). No i dostałam to, o co się prosiłam. Prawdziwa Ameryka ścieliła się przed moimi oczami. Wszędzie budki, w których można kupić frytki, hot-dogi, hamburgery, amerykańską pizzę, typowe słodycze, czyli funnel cake, smażone w głębokim tłuszczu ciasteczka oreo, smażone w głębokim tłuszczu snickersy, smażone w głębokim tłuszczu twinkie (kto oglądał "Zombieland", ten wie, za czym szalał bohater grany przez Woody Harrelsona), ba, nawet smażone w głębokim tłuszczu pikle!


Jak już się człowiek najadł, to mógł sobie pójść pooglądać świnie, prosiaczki, krowy, cielaczki, króliki, kury i gołębie wystawowe, ha, nawet lamy tam mieli.


Ewentualnie można było rzucić okiem na sprzęt rolniczy, ofiarować co nieco na kościół, zarejestrować się, co oznacza deklarację: jestem demokratą czy republikaninem.


W tłumie przechadzały się wicemiss okręgu, na parkingu przyjeżdżających witała sama królowa piękności (żeby nie było wątpliwości, wszystkie przepasane są szarfami z tytułami i noszą "śliczne", malutkie tiary. A, i cały czas się uśmiechają, machają do wszystkich wystudiowanym gestem królowej brytyjskiej, czyli ogólnie sielanka).


Ale muszę przyznać się do tego, że festyn przyciągnął mnie z dwóch powodów. Pierwszy to demolition derby: czyli wszystkie chwyty dozwolone, musisz rozbić samochody konkurencji, wtedy wygrywasz. Zawody z podziałem na grupy wiekowe i rozmiar... samochodów, oczywiście. Techniki dowolne: zablokowanie przeciwnika poprzez wepchnięcie go na barierki, zmasakrowanie błotników, by te zablokowały koła, zarżnięcie silników, zablokowanie przeciwnika między nienadającymi się już do użycia wcześniej wykończonymi samochodami innych konkurentów do nagrody i tak dalej, i tym podobne... Dodam tylko, że w grupie juniorów zwycięzcą okazała się dziewczyna.





Tak więc przez długi czas oglądaliśmy samochodową jatkę w ogłuszającym ryku silników, zgrzytach gnącej się blachy, uderzeniach błotnika w błotnik, w smrodzie palonych gum i gotujących się masek, dymie wylatującym z bebechów mechanicznych bestii, w okrzykach zachwytu podziwiającej widowisko gawiedzi. Niektórzy widzowie byli świetnie przygotowani na tę okoliczność.


Drugi powód: łapanie wymazanego w tłuszczu prosiaka, a w zasadzie kilku prosiaków, mniejszych lub większych w zależności od kategorii wiekowej uczestników. Zabawa przeznaczona dla dzieci i młodzieży od 7-15 lat (choć jeden "chłopiec" wyglądał tak, że spokojnie wpuściliby go do klubu, sprzedali piwo i papierosy, a kobiety rzucałyby mu się w ramiona; miał jakieś 180 centymetrów wzrostu minimum i fantazyjny zarost... całkiem dojrzałego mężczyzny ;)). No po prostu bajka. W każdym razie wykrzyczałam się, kibicując wybranym zawodnikom, i wybawiłam za wszystkie czasy.



Poznawanie prawdziwej Ameryki miało również polegać na korzystaniu z wszelkich jej praw, gwarantowanych obywatelom w konstytucji. Skoro mam w tym kraju spędzić jeszcze kilka lat, to trzeba czasem "wtopić się" w tłum. No dobra, to był tłum trzyosobowy. Ale huku narobiliśmy, jakby nas tam cała armia była.



Największą radość przyniosło nam strzelanie z Magnum .44... bo przecież nie byle kto, a sam Brudny Harry z takiej pukawki uczył pokory pewnych opornych na nauki osobników. Jedno małe "ale", a raczej dwa. Mam za małe dłonie, za drobne, kolba zatem jest dla mnie ciut za duża, co nie zmienia faktu, że dla takiego uparciucha jak ja, nie ma rzeczy niemożliwych. Druga rzecz, Magnum kopie jak diabli. Wprawdzie po Johnie w ogóle nie było widać, żeby coś go kopało, ale jak ja zabrałam się do strzelania, to gdyby nie John za moimi plecami, po każdym strzale lądowałabym na własnym, szanownym, za przeproszeniem, tyłku.


Ale to nie koniec doświadczania praw konstytucyjnych. Wieczorem bowiem zrobiliśmy ognisko, na którym najpierw piekliśmy kiełbasę (przywieźliśmy ją specjalnie z polskiej dzielnicy, czyli Greenpointu), a potem... jak prawdziwi Amerykanie piekliśmy pianki marshmallow. I jeżeli o mnie chodzi na kiełbasach można było poprzestać. Ale John koniecznie chciał, żebyśmy spróbowali. Specjalnie piekł dla mnie (ach, ci szarmanccy mężczyźni!) pianki na dwa sposoby: sposób dla cierpliwych, czyli golden & crispy, ale trzeba uważać, skupiać się i pilnować; sposób drugi, dla niecierpliwych, czyli włóż piankę w ognicho, jak po 2 sekundach zrobi się czarna jak węgiel, wyjmuj i wcinaj (w środku nadal jest biała i płynna). Tylko dla porządku oświadczę, że sposób pierwszy jest zdecydowanie lepszy, a efekt smaczniejszy.


To był niezapomniany weekend. Wypad do knajpy na piwo, siedzenie między miejscowymi, oglądanie wiszących na ścianie baru zdjęć z polowań (to jedyny punkt, którego nie lubię. Wszyscy polują na jelenie, a czasem i niedźwiedzie albo i rysie. Z tego prawa nie chcę korzystać, nigdy!), noc spędzona na farmie Johna w domu, w którym, choć stary, nie straszy, siedzenie przy ognisku i oglądanie rozgwieżdżonego nieba (na Manhattanie takiego nieba nie uświadczysz), wsłuchiwanie się w pohukiwanie sów, w muzykę świerszczy, podziwianie pięknych wzgórz, poznawanie uroków Pensylwanii. Już chcę tam wrócić.