2011/10/19

„Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją…”

Długo zwlekałam z tą recenzją. Czasem ważne rzeczy, ważne myśli sprawiają największy problem, kiedy chcą się wydostać na świat (tak, patos zamierzony). Tak samo z uczuciami – te najcenniejsze, najintymniejsze... wcale nie łatwo się nimi podzielić. A tu jeszcze chodzi o mój image! Zatem uwaga! Zdziwię Was. Na mojej skórze nie królują tylko i wyłącznie drewna, kadzidło, paczula czy oud. Mam drugą, całkowicie zaskakującą, nad wyraz jasną stronę... (I w tym właśnie momencie mój image, na który tak ciężko pracowałam, wywinął fikołka, zwichnął bark, leży na podłodze i żałośnie skowycze. Litości!).




Jaśmin. To chyba moja pierwsza miłość perfumeryjna. Najpierw w wersjach delikatniejszych, dziewczęcych (ale kiedy to było!), ulotnych i płochych, w połączeniu z innymi kwiatami. W końcu przyszła pora na ewolucję... lub raczej rewolucję. Skończył się prosty podział na jasną i ciemną, kadzidlano-dymną stronę mocy. Mały kwiat z mojej jasnej strony wydobył jej zdecydowanie ciemniejszą wersję, zacienioną - powiedzmy, że to taka moja szara strefa. Zatem nawet jeżeli jaśmin, to z charakterem i przytupem. Bo to mroczny jaśmin. A la Nuit Serge’a Lutensa.
Nie wiem, czy w przypadku tej kompozycji to była miłość od pierwszego spojrzenia... a raczej powąchania. Byłabym skłonna przyznać, że była to dzika namiętność, która przerodziła się w czyste uczucie. Czyli najpierw było szarpiące ubranie, przyspieszające bicie serca i spłycające oddech pożądanie (a może to była migrena, objawy czasem podobne).
A la Nuit to Jaśmin, Jaśmin przez duże ”J”. I w zasadzie niewiele wiecej, na tym mogłabym zakończyć swoją recenzję. Wiem, że nuty mówią co innego, ale nie w tym rzecz. Jest to poemat o jaśminie, ballada, ba, nawet cały epos, dwadzieścia cztery księgi, pisany trzynastozgłoskowcem ze średniówką po siódmej sylabie, sławiący moc i urodę tego uzurpatora. Niby taki biały, niepozorny, niewielki, ale historia nauczyła nas, że często tych mikrych wzrostem najbardziej musimy się obawiać. Bo Jaśmin w A la Nuit jest bezwzględny, władczy, imperialistyczny. Zdobywa podbojem. Zagarnia. Kolonizuje. Nie bierze jeńców. Odurzenie jego aromatem, to zdecydowanie za słabe określenie. W tym Jaśminie, jeżeli nie potrafi się pływać lub przynajmniej unosić na powierzchni, można utonąć. Jego potęga jest niezmierzona... „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”.


Nie ma tu rewolucji w rozwoju nut. Prawie. Jaśmin panuje niepodzielnie cały, długi na mojej skórze czas. Uwielbiam to uczucie, kiedy po kilku godzinach już prawie wygasa, cichnie, niby pierzcha, ale gdy tylko skóra lekko się rozgrzeje, nagle bucha białymi kwiatkami, sypie nimi na głowę, a ja czuję się, jakbym stała w jaśminowym deszczu, ulewie, jakby jaśminowy sztorm szarpał mi włosy, rozdzierał poły kurtki i wdzierał się w nozdrza. Tylko gdzieś w tle drgają delikatne nuty goździków i zielonych pędów. To nawet nie drgania, a echo drgań. Król jest tylko jeden.
Być może to wcale nie przypadek, że właśnie A la Nuit zwiazane są z piękniejszymi momentami mojego życia. Przyjaźnią, miłością, namiętnością. I wierzcie sobie lub nie, to jedne z nielicznych moich perfum, które doczekały się komplementów. W zasadzie tylko one są komplementowane... No dobrze, ja jestem komplementowana, kiedy je noszę. I są to zawsze najpiękniejsze komplementy, jakie kobieta próżna, a do takich od czasu do czasu i ja się zaliczam, może usłyszeć.


Rok: 2000
Nos: Christopher Sheldrake
Nuty zapachowe: marokański, indyjski i egipski jaśmin, zielone pędy, miód, benzoes, piżmo, goździki


ryc. 1. http://www.la-palma-tourismus.com
ryc. 2. http://www.care2.com
ryc. 3. http://www.luckyscent.com

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza